Yashica A

Yashica A
Yashica A

Firma Yashica nigdy nie ukrywała w reklamach, że produkuje aparaty tanie. Ale „tanie” u Yashiki nigdy nie oznaczało „liche”. W reklamie trzech lustrzanek dwuobiektywowych Yashiki, A, C i LM (Popular Photography z 1956 r.) czytamy: „Nie wiemy, co pierwsze zafascynuje Cię w Yashice – konstrukcja, jakość wykonania, funkcje. Ale jedno jest pewne. Przyznasz rację tym, którzy już znają te aparaty: taka jakość nigdy nie była dostępna za taką cenę”. Wtedy podstawowy i najtańszy model A kosztował 29,95 USD; dziś ten prawie 60-letni aparat sprzedaje się na aukcjach za 300-400 zł. I można nim zrobić piękne zdjęcia, więc słowa reklamy pozostają aktualne.

 

Yashica A
Yashica A

 

Inna reklama: „Teraz fotografujesz na »wielkim ekranie« – lustrzankami w fantastycznych cenach”. Reklama pokazuje Yashikę 44LM (format 4×4 cm), Yashikę Mat oraz Yashikę A.

Historia lustrzanek dwuobiektywowych Yashika jest przynajmniej tak samo skomplikowana i porozgałęziana jak historia lustrzanek dwuobiektywowych Mamiya. Od czasów pierwszego aparatu tego typu, Yashimaflex, wypuszczonego przez zakłady optyczne Yashima (八洲光学) powstało 25 różnych modeli, w tym część pod nazwą Yashicaflex, a część pod nazwą Yashica. Według opisów kolekcjonerów amerykańskich i japońskich, następstwo modeli wygląda tak:

Pigeonflex (przejęty od innej firmy) -> Yashimaflex -> Yashicaflex i Yashica (w tym flagowa seria Mat) jako równoległe linie

Trudność uporządkowania i objęcia kolejnych serii i modeli jest tym większa, że Yashica miała specyficzny zwyczaj długiego kontynuowania modeli starszych już po wprowadzeniu modeli najwyraźniej mających je zastąpić.

 

Yashica A
Yashica A

 

Yashica A została wprowadzona zdaje się gdzieś między 1954 a 1960 rokiem (oficjalnych danych nie ma, podobnie zgody wśród kolekcjonerów), a produkcja trwała długo (jak widzimy w reklamie sklepu fotograficznego z 1965, w tamtym roku wciąż były dostępne nowe egzemplarze – cena: 37,95 ówczesnych USD). Była pierwszym i podstawowym modelem serii Yashica. Był to aparat z założenia prosty – miał wszystko, czego potrzeba początkującemu, i nic więcej. Kliszę przewija się gałką z prawej strony. Samemu trzeba przerwać przewijanie w odpowiedniej chwili, gdy w czerwonym okienku na tylnej ściance pokaże się kolejny numer nadrukowany na papierze ochronnym kliszy. Migawka (w tym modelu jest to Copal) nie jest sprzężona z przewijaniem kliszy, więc trzeba ją również osobno naciągnąć dźwignią z prawej strony obiektywu. Czas migawki w zakresie od 1/25 do 1/300 s + B nastawia się pierścieniem wokół obiektywu; podobnie przysłonę. W moim egzemplarzu, który przyleciał ze stanu Iowa i był bardzo „zasiedziały” (nieużywany prawdopodobnie przez dziesiątki lat), nie działał czas B. Ale po pewnym czasie zwykłego używania aparatu zaczął działać. Tak czasem bywa z migawkami centralnymi – w tych długo nieużywanych smar gęstnieje i opóźnia działanie mechanizmów (w szczególności kluczowego dla działania migawki wychwytu), ale wystarczy trochę je rozruszać i nieraz wszystko samo z siebie wraca do normy.

 

Yashica A
Yashica A

 

Migawkę zwalnia się przyciskiem pod dolnym obiektywem. Przycisk nie miał gwintu do podłączenia wężyka spustowego, ale można było dokupić nasadkę umożliwiającą przykręcenie takiego wężyka. Samo zwolnienie migawki – jak w większości aparatów z migawkami centralnymi – jest bardzo ciche i nie powoduje drgnięcia aparatu. Bez obaw można fotografować „z ręki” na najdłuższym czasie 1/25 s (dopiero w modelach późniejszych, z migawkami Citizen MXV, Copal MXV oraz Copal SV rozciągnięto skalę czasów migawki do zakresu od 1 do 1/500 s). Bezwładność stosunkowo masywnego aparatu (choć jak na lustrzanki dwuobiektywowe Yashica A jest lekka) kompensuje wszelkie drgania delikatnego mechanizmu migawki w obiektywie.

Yashica A
Yashica A

 

Zastosowany w tej Yashice A trójsoczewkowy Yashikor 80 mm 1:3,5 to obiektyw prosty, ale dający przyzwoite efekty na kliszy. W tym samym modelu był wcześniej stosowany również Yashimar 80 mm 1:3,5 (jak wszystkie obiektywy stosowane w Yashikach wszelkiego rodzaju, były one produkowane w zakładach Tomioka). Cała sztuka opanowania tego obiektywu sprowadza się do precyzyjnego nastawienia ostrości. To pozornie banalne stwierdzenie – bo przecież dotyczy wszystkich aparatów – jest tu jednak szczególnie istotne, bo Yashikory i Yashimary charakteryzują się właśnie tym, że nie wybaczają choćby niewielkiego przesunięcia płaszczyzny ostrości za lub przed fotografowany obiekt.  Podczas nastawiania ostrości trzeba więc zachować szczególną uwagę: wyjąć lupkę w wizjerze kominkowym, przyłożyć do niej oko, wybrać jak najdrobniejszy szczególik płaszczyzny, która ma być ostra (np. odblask w oku fotografowanej osoby) i kręcić pokrętłem ostrości tak, aby ten szczególik stał się jak najostrzejszy. Warto też – o ile warunki pozwalają – mocno przymknąć przysłonę. Jednak mimo tych zabiegów zdjęcie może wyjść nieostre i tutaj wina leży już po stronie aparatu. W kilkudziesięcioletnich egzemplarzach lustrzanek dwuobiektywowych mogą być trzy przyczyny regularnie nieostrych zdjęć: 1) przednia ścianka (z obiektywami) ustawiona niezupełnie równolegle względem właściwej przedniej ścianki aparatu; 2) brak docisku kliszy przez znajdującą się na tylnej ściance sprężynującą płytkę; 3) obluzowane lub przesunięte lustro w komorze za górnym obiektywem. Czasem (choć niekoniecznie) pierwsze dwie usterki objawiają się tym, że zdjęcie jest ostre tylko na pewnej wysokości, np. mniej więcej w połowie. Wszystkie te trzy podatne na usterki punkty występują też w Yashikach. Własnoręczna naprawa wyrównania obluzowanej przedniej ścianki z korpusem obiektywu na pewno byłaby trudna, ale przed zrobieniem zdjęcia można upewnić się, patrząc z boku, czy linie ścianek są równoległe – i w razie potrzeby lekko docisnąć lub odciągnąć górną część ścianki obiektywowej. Podobnie z płytką z tyłu: przed założeniem kliszy warto sprawdzić, czy jest sprężynująca i zapewnia docisk kliszy. Wreszcie, odkręcając 4 wkręty i zdejmując kominek wizjera można zajrzeć pod matówkę i sprawdzić, czy lustro nie jest obluzowane. Lustro ma kształt trapezu i pasuje do obejm w komorze wizjera tylko w jeden sposób – i tak należy je ustawić, jeśli się przesunęło. Przesunięcie lustra powoduje, że obraz rzutowany na matówce przez górny obiektyw będzie ostry przy innym ustawieniu aparatu niż obraz właściwy, rzutowany na kliszę z chwilą otwarcia migawki.

Osoby, które często fotografują przy większych otworach przysłony, powinny jednak rozejrzeć się za którąś z Yashik z czterosoczewkowym Yashinonem, np. najbardziej cenioną Yashiką Mat G. Bardziej zaawansowany układ optyczny daje obraz bardziej równomierny pod względem ostrości na całej płaszczyźnie, a i obszary nieostre wyglądają lepiej – bokeh nie sprawia wrażenia kręcącej się karuzeli, który to efekt (widoczny w trójsoczewkowym Yashikorze) nie każdemu odpowiada.

Yashica A
Yashica A

Yashica A to aparat bardzo piękny – przynajmniej na mój gust. Wszystkie proporcje wydają się być utrafione idealnie. Na przykład w Yashikach Mat i w Rolleifleksach obiektywy wydają się zbyt wielkie w stosunku do korpusu, a w Mamiyach z wymiennymi obiektywami wyciągnięty miech wydaje się burzyć (i burzy) równowagę aparatu. Nie mówiąc już o pokracznych lustrzankach dwuobiektywowych produkcji amerykańskiej, Kodaka czy Argusa. Yashica A wygląda świetnie zarówno z rozłożonym kominkiem, jak i bez; w futerale i bez niego; z przodu i z boku. Osoby z bardziej wyrafinowanymi wymaganiami mogą poszukać którejś z bardziej ekstrawaganckich wersji kolorystycznych: oprócz standardowej wersji całkowicie czarnej, Yashica A była także dostępna w 3 wersjach z białą imitacją skóry: z korpusem czarnym, niebieskim i brązowym.

Yashica A with daisies in her eyes.

Yashica A widziana okiem aparatu Mamiya C3.

 

Ważne linki:

Skan artykułu Ivora Matanle (Amateur Photographer, 28 maja 2005 r.)

Strona Barry’ego Toogooda – kompendium wiedzy o wszelkich lustrzankach dwuobiektywowych, w tym o Yashikach

Bardzo szczegółowa historia lustrzanek dwuobiektywowych Yashica z naciskiem na Yashicaflex

Strona japońskiego serwisu tlr66 ze szczegółowymi informacjami o tym aparacie

 

Przykładowe zdjęcia:

Symmetry.
Symetria.

 

Kratka.
Kratka.

 

Zbrodnia.
Zbrodnia.

 

Śnieg.
Śnieg.

 

Sowa.
Sowa.

 

Biało-czerwono.
Biało-czerwono.

 

Niebieski bus.

Niebieski bus.


Ravenna sky.
Ravenna sky.

 


Autko.
Autko.

 

Światło zastane.
Światło zastane.

 

 

Niebiesko.
Niebiesko.

 

Spływ.
Spływ.

 


Oslo.
Oslo.

 


Bolonia - uniwersytet.
Bolonia – uniwersytet.

 

Włoski lunapark.
Włoski lunapark.

 

Danio.
Danio.

 


Karuzela.
Karuzela.

 


Teatrzyk w lampie błyskowej.
Teatrzyk w lampie błyskowej.

 


Światłomierz.
Światłomierz.

 

Łódź Fabryczna.
Łódź Fabryczna.

 

Nie chcę iść do przedszkola.
Nie chcę iść do przedszkola.

 

Ravenna.
Ravenna.

 

Ravenna.
Ravenna.

 

Ravenna.

Sarkofag.

 

Pierwsze idiotki: Konica C35AF i C35AF2

W grudniowym numerze Popular Science z 1977 r., między artykułami o komfortowym aucie dla rodziny (nowym Volkswagenie Busie) i nowych zegarkach elektronicznych (z kalkulatorem!) znalazł się tekst zwiastujący nową erę w fotografii – erę autofokusa, która trwa do dziś. W artykule „Through the Viewfinder” („Przez wizjer”) Everett H. Ortner opisuje pierwszy wprowadzany właśnie do powszechnej sprzedaży aparat samoczynnie nastawiający ostrość – Konicę C35AF.

 

Konica C35AF

Konica C35AF


Lata 60. i 70. były erą aparatów dalmierzowych i lustrzankowych. Wszystkie miały jedną wadę – ostrość trzeba było nastawiać ręcznie, ufając własnym oczom. Takie nastawianie ostrości po pierwsze nie zawsze było precyzyjne (są osoby, które mimo ćwiczeń nie są w stanie nastawić ostrości na matówce; niektóre mają również problem z nałożeniem „oczek” obrazu w dalmierzu); po drugie trwało długo. Canon, Nikon, Kodak i inne firmy już od końca lat 60. zapowiadały wprowadzenie aparatu samoczynnie nastawiającego ostrość, jednak były w stanie zaprezentować tylko prototypy (Popular Mechanics, maj 1976). Wszystkich ubiegła Konica, która właśnie w 1977 roku wprowadziła pierwszą prawdziwą „idiotkę” – aparat, w którym nie trzeba było ustawiać nic. (Wkrótce w prasie pojawiły się reklamy, na jakie wtedy mogła pozwolić sobie tylko Konica: przedstawiające fotografującego, który trzyma aparat na przykład na głowie zamiast przy oku). Konica C35AF była droga (po uwzględnieniu różnic w wartości dolara kosztowała tyle, co dziś półprofesjonalna lustrzanka), ale fotoamatorzy kupowali ją chętnie. W Japonii zyskała przydomek ジャスピン (Jasupin), co jest zlepkiem transkrypcji angielskich słów „just pin”, a oznacza „perfekcyjnie utrafioną ostrość za każdym razem”.

 

Konica C35AF

Konica C35AF


Zastosowany w Konice C35AF mechanizm został opracowany przez Normana Stauffera, inżyniera firmy Honeywell, która po opatentowaniu (patent nr 4,002,899) udzielała potem licencji na swój system – noszący handlową nazwę Visitronic – wielu producentom aparatów. Oprócz różnych modeli Koniki (C35AF, C35AF2, C35MF, AF3 itp.) ten sam system Honeywell Visitronic zastosowano m.in. w aparatach

  • Fujica Flash Auto Focus
  • Mamiya 135AF
  • Minolta Hi-Matic AF (ale model Hi-Matic AF2, choć podobny, ma już inny system nastawiania ostrości)
  • Rolleimat AF
  • Yashica Auto Focus
  • Cosina AF35
  • Chinon 35F-A
  • Radzieckie podróbki z systemem podobnym do Visitronic (np. Elicon Autofocus)

 

Na jakiej zasadzie działa autofokus Visitronic? Mechanizm naciągu nie tylko przewija kliszę o jedną klatkę i naciąga migawkę. Oprócz tego wysuwa obiektyw do pozycji maksymalnie bliskiej ostrości i naciąga sprężynę zespołu ustawiania ostrości. Z chwilą zwolnienia migawki jedno z dwóch okienek „dalmierza” zaczyna zmieniać kąt odbicia względem drugiego, skanując obraz znajdujący się przed aparatem – a dokładniej natężenie wpadającego przez okienko światła. Równolegle z obracaniem okienka sprężyna cofa obiektyw, który ostrzy na coraz większą odległość. Kiedy jasność światła wpadającego przez okienko ruchome na jeden czujnik światła maksymalnie odpowiada jasności światła wpadającego przez okienko nieruchome, wiadomo, że oba okienka „zezują” na ten sam punkt – układ scalony z dwoma pięcioelementowymi czujnikami światła generuje najsilniejszy impuls. Skoro znamy kąt „zezowania” i odległość od jednego okienka do drugiego, z wzorów geometrycznych możemy obliczyć odległość od płaszczyzny rzutowanego obrazu do obiektu. Obiektyw zatrzymuje się na tak ustawionej odległości. Mechanizm sprężynowy działa dalej i jeśli układ wykryje jeszcze większe podobieństwo na obu czujnikach, przestawia obiektyw dalej; jeśli podobieństwa będą mniejsze (a więc impuls elektryczny słabszy), obiektyw pozostaje w ostatniej, najtrafniejszej pozycji. Wtedy pozostaje już tylko wyzwolenie migawki. Krótko mówiąc, jest to zautomatyzowany aparat dalmierzowy: podczas gdy w dalmierzu nastawiamy ostrość obserwując nachodzenie na siebie dwóch obrazów, tutaj rolę ludzkiego wzroku przejmuje układ scalony zawierający dwa czujniki świetlne, po jednym dla każdego „oka” aparatu. Rolę dłoni obracającej pierścieniem odległości przejmuje mechanizm sprężynowy.

 

Konica C35AF2

Konica C35AF2

Ze względu na sposób działania Visitronica w Konice odczytanie nastawionej odległości jest możliwe dopiero po zrobieniu zdjęcia, na małej skali tuż obok obiektywu. Dlatego wskaźnik ten umożliwia jedynie zorientowanie się, czy zdjęcie trzeba powtórzyć. Ponadto nie ma możliwości ustawienia ostrości i dopiero potem zmiany kadrowania – ustawienie ostrości i wyzwolenie migawki przypadają praktycznie na tę samą chwilę. Stąd kolejne ograniczenie aparatu: ponieważ ostrość jest ustawiana pośrodku kadru, fotografowany obiekt musi również być pośrodku kadru. Odpadają zdjęcia np. dwóch osób ustawionych poza środkiem kadru… aparat ustawi ostrość na tło między nimi.

 

Konica C35AF ustawiła ostrość na tło.

Konica C35AF ustawiła ostrość na tło.

Aparaty z systemem Visitronic miały również wbudowane lampy błyskowe i były one sprzężone z mechanizmem nastawiania ostrości – jasność błysku zależała od ustawionej przez obiektyw odległości. Wszystkie aparaty miały także obiektyw o tych samych parametrach 38 mm, jasność 2,8. Wybór czasów migawki (ustawianych automatycznie) bywał już różny; np. w Minolcie automat nastawiał czas od 1/8 do 1/430 s, a w Konice tylko w zakresie od 1/60 do 1/250 s.

Konica C35AF

Konica C35AF


Konica C35AF i C35AF2

Konica C35AF i C35AF2

Różnic między Konicami C35AF i nowszą C35AF2 jest niewiele. Ta ostatnia tylko wygląda lepiej – jest nieco mniejsza, wykonana z nieco mniej topornego plastiku, sprawia wrażenie delikatniejszej. Działają tak samo i mają takie same parametry. Natomiast faktyczne ulepszenia wprowadzono w jeszcze nowszych modelach, np. w aparacie Konica C35MF, o którym będzie w osobnym artykule.

Z kolei sama Konica C35AF występowała podobno także w wersji z zamszem zamiast imitacji skóry. Tak przynajmniej twierdzą znawcy japońskich aparatów z アローカメラ, którzy dysponują dwoma takimi zamszowymi egzemplarzami. Przyznają jednak, że nie mają twardych dowodów na to, że zamsz nie jest po prostu przeróbką – w swoim twierdzeniu podpierają się tym, że po pierwsze aparaty te dostali z różnych źródeł, a po drugie w jednym z nich zamsz jest już bardzo znoszony (co nie jest typowe dla aparatów przerabianych).

Subiektywnie: fotografowanie tymi pierwszymi autofocusami daje dużo radości. Nie trzeba nic nastawiać, wystarczy „spojrzeć” wizjerem na obiekt – i pstryk. Aparaty nie są może takimi cudami techniki jak dzisiejsze cyfrowe – sprężyna autofocusa brzęka podczas robienia zdjęcia, aparat jest jednak spory w porównaniu z idiotkami XXI w., a po pstryknięciu trzeba naciągnąć kliszę – jednak ze względu na swoją przenośność, wygodę i całkiem dobrze spisujący się obiektyw aż proszą się o zabieranie ze sobą przy każdym wyjściu z domu. No i dobrze; w końcu, jak mówią wytrawni fotograficy, najlepszy aparat to ten, który masz przy sobie.

Konica C35AF2 (top) and C35AF (bottom)

Konica C35AF2 (góra) i C35AF (dół) – sfotografowane aparatem Mamiya C3

 

 

Maska.

Maska.

 

 

Kiermasz dywanów.

Kiermasz dywanów.

 

Higiena Jamy Ustnej.

Higiena Jamy Ustnej.

 

Nudy.

Nudy.

 

 

Mechanika płynów.

Mechanika płynów.

 

 

Oświetlenie studyjne.

Oświetlenie studyjne.

Oświetlenie błyskowe.

Oświetlenie błyskowe.

 

 

Mamiya C3

Mamiya C3, Sekor 180 mm.

Mamiya C3, Sekor 180 mm.

Japońskie aparaty firmy Mamiya zrewolucjonizowały rynek lustrzanek dwuobiektywowych pod koniec lat 50. i praktycznie opanowały go na kilkadziesiąt lat – przynajmniej w studiach i zastosowaniach profesjonalnych. Powodem tego sukcesu było nowe (w klasie aparatów TLR) rozwiązanie polegające na nastawianiu ostrości przez wyciąganie lub chowanie harmonijkowego miecha. W ten sposób uniezależniono nastawianie ostrości od płyty przedniej z obiektywem, a to z kolei umożliwiło wprowadzenie całej gamy obiektywów o różnych ogniskowych (od 55 do 250 mm), wymiennych między praktycznie wszystkimi modelami serii C (obiektywem uznawanym za standardowy w tej wersji jest 80-milimetrowy 1:2,8). Co więcej, miech umożliwiał nastawienie ostrości na bardzo małą odległość. Na jednej z amerykańskich wczesnych reklam serii C z roku 1958 narysowano linijkę naturalnej wielkości z zaznaczoną odległością 7 cali – właśnie na tyle można było, według producenta, przybliżyć aparat do fotografowanego obiektu (co nie zgadza się z innymi źródłami; np. tutaj http://medfmt.8k.com/mf/mamiyaclens.html czytamy, że minimalna odległość, ta przy obiektywie 55 mm, wynosi 9,5 cala). (Uaktualnienie: sprawę minimalnej odległości wyjaśnia p. Ryszard w komentarzu pod artykułem).

 

Mamiya C3, Sekor 180 mm.

Mamiya C3, Sekor 180 mm.

Jak wspomniano wyżej, prawie wszystkie obiektywy pasują do prawie wszystkich aparatów. Wyjątkiem, według dostępnej dokumentacji, jest obiektyw 180 mm, którego starsze wersje (z ery C3) nie pasują do aparatów z automatycznym naciągiem migawki (C33 i nowszych).

Same obiektywy też były świetne. Wyposażano je w migawki Seikosha i Seiko (plus raczej nieprzystający do całej serii budżetowy obiektyw 80 mm 1:3,7 z migawką Copal) i były zaawansowane optycznie (najbardziej skomplikowany 55-milimetrowy ma 9 soczewek w 7 grupach!) i bardzo cenione przez fotografów za piękny obraz, jaki dawały na kliszach. Według opinii wielu fotografów, wśród lustrzanek TLR jakością obrazu mogły Mamiyom dorównać tylko Rolleifleksy. Zresztą Mamiya uznawała właśnie Rolleifleksa za bezpośredniego konkurenta. Niewątpliwie Rolleiflex, szczególnie w najlepszych wersjach, jest aparatem jeszcze wyższej jakości; przy jego finezji wykonania Mamiya jest jak ciągnik przy sedanie. Jednak Mamiya biła Rolleifleksy pod względem uniwersalności i ceny. Pośrednimi konkurentami były średnioformatowe lustrzanki jednoobiektywowe, wówczas przede wszystkim Hasselblad (wtedy ponad dwukrotnie droższy od lustrzanek Mamiya).

 

Mamiya C3, Sekor 180 mm.

Mamiya C3, Sekor 180 mm.

Często w aukcjach internetowych sprzedawcy zachwalają swoje obiektywy jako „Blue dot” (z niebieską kropką na dźwigni naciągu migawki), co ma oznaczać „lepsze”; tymczasem optycznie są one identyczne jak te bez niebieskiej kropki. Niebieska kropka oznacza tylko nieco nowszy typ migawki, z podniesionym nieco jednym listkiem w celu zapobieżenia zakleszczeniu.

Na czas zmiany obiektywu wewnątrz korpusu zamyka się przegroda zapobiegająca prześwietleniu kliszy.

Mamiya C3, Sekor 180 mm.

Mamiya C3, Sekor 180 mm.

Wszystkie opisane wcześniej zalety aparatu (wymienność obiektywów, bliskie ostrzenie, świetna optyka, uniwersalność) mają swój koszt. Dwuobiektywowe lustrzanki Mamiya są nieporęczne. Wszystkie aparaty serii C nadawały się raczej do studia i na statyw niż do dłuższych podróży – były ciężkie i niewygodne, a przy wyciągniętym miechu lub po założeniu trochę dłuższego obiektywu środek ciężkości przesuwał się w zupełnie inne miejsce i aparat niebezpiecznie uciekał z ręki. Tym niemniej trudno odmówić im solidności wykonania. Przedni standard wraz z obiektywem wysuwa się na mocnej podstawie u dołu i dodatkowych szynach u góry, które przy okazji chronią miech przed wgnieceniami. Płyty z obiektywami zakleszcza się na przedniej ściance grubym prętem, a korpus sprawia wrażenie znacznie trwalszego niż np. w dwuobiektywowych Yashikach. Te aparaty nie jest łatwo zepsuć. Mój egzemplarz z początku lat 60. ma już pół wieku, był bardzo zaniedbany gdy go kupiłem (w odrapanym korpusie mieszkał jeszcze amerykański pająk), a już po krótkim i powierzchownym czyszczeniu wszystkie mechanizmy działają bez zarzutu.

Drzewo genealogiczne lustrzanek serii C jest dość zawikłane. Na początku były aparaty Mamiyaflex bez miecha, niezwiązane z tą serią. Ciekawie zaczęło się dopiero od wprowadzenia w 1956 r. pierwszego aparatu z miechem, Mamiyaflex C, którego wyprodukowano niewiele sztuk, a który szybko zastąpiono modelem C2 (1958). Potem, w roku 1962 wprowadzono prezentowany tutaj na zdjęciach C3 i od tej pory seria „C” rozdzieliła się na dwie linie: C2* i C3*. Ta pierwsza była jakoby mniej zaawansowana, ale początkowo główna różnica polegała na tym, że zamiast korbki do przewijania kliszy miała pokrętło. Kolejne modele to C22 z 1966 r. (w porównaniu z C2 lżejsze body, wymienna tylna ścianka do dwóch rodzajów filmów 120/220 + ścianka na błony cięte 6,5×9 cm) oraz C33 z 1965 r. (w porównaniu z C3 automatyczne naciąganie migawki po przewinięciu kliszy, automatyczna kompensacja paralaksy). Jeszcze nowsze to C220 z roku 1968 (dodali małą korbkę na pokrętle, obsługa filmów 120/220 w jednej ściance tylnej) oraz C330 z roku 1983 (lżejsze body, wskazanie paralaksy w wizjerze). Najbardziej zaawansowane modele to właśnie najnowsze C330f i C330s, solidne i funkcjonalne, cenione przez wielu profesjonalistów także dziś, w erze cyfrowej.

 

Źródła i dodatkowe informacje:

Strona Barry’ego Toogooda – opis i liczne zdjęcia całej serii na stronie kolekcjonera lustrzanek dwuobiektywowych

Mamiya TLR System Summary – wyczerpujące informacje o całym systemie C firmy Mamiya

 

Przykładowe zdjęcia:

Most Bosforski.

Most Bosforski.

Zachód.

Zachód.

Nałożone klatki.

Nałożone klatki.

Światła boczne.

Światła boczne.

Cienie.

Cienie.

Ostrość i nieostrość.

Ostrość i nieostrość.

Kafelki.

Kafelki.

Kafelki w Haremie.

Kafelki w Haremie.

Let\'s buy ourselves a supertanker.

Let\’s buy ourselves a supertanker.

Portret z góry.

Portret z góry.

 

 

Konica FS

Aktualizacja: 28 grudnia 2011

Na początku lat 60. małoobrazkowe lustrzanki jednoobiektywowe były już rozpowszechnione na rynku i miały pozostać ulubionym narzędziem zarówno fotoreporterów, jak i zaawansowanych amatorów aż po dziś dzień. Spośród wielu modeli dostępnych u różnych producentów na przełomie lat 50. i 60. szczególnie cenione były produkty Nikona (przełomowy Nikon F, z którym Clint Eastwood obsadził się potem w filmie „Co się wydarzyło w Madison County”) i Pentaksa; produkcję lustrzanek na dobre rozpędzał też Canon.

Konica była tutaj outsiderem, a jednak jej wprowadzona we wrześniu 1960 r. lustrzanka Konica F była również bardzo udana. Miała zupełnie nową migawkę „Hi-Synchro” z dwiema metalowymi lamelkami, umożliwiającą uzyskanie czasu zaledwie 1/2000 sekundy i synchronizacji z lampą przy czasie 1/125 sekundy. Na jednej z reklam z 1961 r. Konica pokazuje, czym różni się zdjęcie z lampą błyskową przy czasie 1/30 lub 1/60 s (ówczesny standard) od takiego przy czasie 1/125 s: na pierwszym zdjęciu tancerka pozostawia za sobą ślad, „ducha” zarejestrowanego przez zbyt długi czas migawki; na drugim jest już tylko obraz wywołany błyskiem – perfekcyjnie ostry i bez śladów ruchu.Wystarczy wspomnieć, że migawka ta stała się punktem wyjścia do stworzenia migawki Copal Square, która z kolei była prekursorem migawek stosowanych w dzisiejszych, supernowoczesnych lustrzankach. Konica F jest dziś modelem bardzo poszukiwanym i ma wysoką wartość kolekcjonerską (niedawno widziałem egzemplarz z Hexanonem 35 mm za ponad 5000 USD, choć uważam że akurat ta cena była nieco wygórowana…).

Prezentowany tutaj model to tańsza, wprowadzona równolegle Konica FS (litera „S” oznaczała „Standard”). Choć była przeznaczona dla szerszej klienteli niż profesjonalna F, nawet model FS trudno jest dzisiaj zdobyć (nie należy mylić jej z zupełnie inną, późniejszą FS-1, znacznie częściej występującą na serwisach aukcyjnych). Egzemplarz, który do mnie trafił – za grosze – jako dodatek do większej paczki, jest wersją chromowaną. Była jeszcze wersja czarna, rzadsza.

Konica FS

Konica FS

W porównaniu z F, Konica FS przede wszystkim nie ma światłomierza, a najkrótszy czas wyzwolenia migawki to 1/1000 s. Świetny czas synchronizacji z lampą jest taki jak w modelu F. Podobnie montowanie obiektywów: bagnetowe, o średnicy kołnierza 40,5 mm, oznaczane dziś literą „I” w celu odróżnienia od wprowadzonego później i dziś znacznie bardziej powszechnego nowego mocowania bagnetowego Koniki. Dla mocowania 40,5 mm – a była to najmniejsza średnica mocowania spośród wszystkich lustrzanek w historii – opracowano całą linię obiektywów o ogniskowych od 35 do 800 mm. Standardowym obiektywem dostarczanym z lustrzanką Konica FS był Hexanon 50 mm 1:2.

Konica FS

Konica FS

Aparat miał pryzmat pentagonalny bez stopki na lampę u góry; stopkę można było przyczepić opcjonalnie do pokrętła zwijania filmu. Można tam również było przyczepić światłomierz selenowy.

Konica FS jest wykonana bardzo solidnie i dobrze leży w rękach. Mój egzemplarz, choć ma ponad pół wieku, pracuje płynnie i sprawnie jak nowy, a „kitowy” obiektyw w ogóle jest w stanie fabrycznym i daje zdjęcia całkiem rozsądnej jakości, choć wydaje się mały w porównaniu z większością obiektywów lustrzanek formatu 135. Nie do końca przekonuje mnie slogan reklamowy ówczesnych modeli Koniki („Już sam obiektyw wart jest ceny całego zestawu!”), ale Hexanony na pewno nie są byle jakimi obiektywami. Aparat ma też bardzo fajny sztywny futerał z metalowym wzmocnieniem z przodu i dawną nazwą firmy („Konishiroku”) z tyłu; szkoda, że w moim egzemplarzu futerał jest już mocno znoszony.

Po modelu FS, w roku 1962 Konica wprowadziła następcę FP ze światłomierzem, sprzedawaną w wersji katalogowej z poszukiwanym dziś Hexanonem 52 mm 1:1,4.

Konica FS

Konica FS

 

Foma 400 in Rodinal, Konica FS

Foma 400 in Rodinal, Konica FS

Foma 400 in Rodinal, Konica FS

Foma 400 in Rodinal, Konica FS

Foma 400 in Rodinal, Konica FS

Foma 400 in Rodinal, Konica FS

Kodak Retinette IA i o innych „etkach”

Natura języka polskiego jest taka, że wszędzie widzimy kobiety i mężczyzn. Nawet w rzeczach. Dla większej części świata aparaty fotograficzne są bezpłciowe; dla nas wręcz przeciwnie. Sam „aparat” jest mężczyzną, ale jeśli zagłębić się w szczegóły – w konkretne marki lub modele – bywa inaczej. Nikon to on, Yashica to ona. Canon – chłopak, Zorkij (Zorka!) – dziewczyna. Łomo jest neutralne, jak dziecko. Co ciekawe, apraty „natywnie” polskie, tj. produkowane u nas (gdy polski przemysł fotograficzny jeszcze istniał za komuny), były chłopakami: Druh, Ami, Start, Fenix – wszystko mężczyźni. Jedyny wyjątek, jaki przychodzi mi do głowy to Alfa, ale ten aparat w ogóle odbiega od normy pod wieloma względami…

Ale płciowość rzeczowników to domena nie tylko polskiego. Tak samo jest we wszystkich językach słowiańskich – i nie tylko. A wszystkie te myśli o aparatach męskich i żeńskich przyszły mi do głowy z powodu francuskiego zakończenia żeńskiego „ette”, które bardzo sobie ulubili producenci aparatów wszelkiej maści. Kiedy zacząłem szukać, okazało się, że aparatów-kobiet o nazwach zakończonych na „ette” jest mnóstwo. Oto dotychczas zidentyfikowane (w tym kilka przez kolekcjonerów z forum photo.net, ten wątek):

  • AkArette (rok 47)
  • Arette (rok 56)
  • Beirette (rok 58)
  • Dacora Dignette (przerobiona potem przez Ilforda na mężczyznę: Ilford Sportsman) (rok 55)
  • Kodak Retinette (rok 39)
  • Paxette (rok 51)
  • Regulette (?)
  • Agfa Isolette (rok 51)
  • Agfa Silette (rok 57)
  • Zeiss Icon Continette (rok 60)
  • Zeiss Cocarette (rok 26)
  • Rodenstock Citonette (rok 32)
  • Fedette (rok 37)

Jeśli ktoś z Czytelników zna jeszcze jakieś, proszę pisać!

Sam mam Dignette, która niestety się zepsuła w moich rękach oraz piękny egzemplarz Kodaka Retinette IA z roku 1959, który – przeciwnie – przywróciłem z martwych. W tym artykule parę słów właśnie o tym  aparacie:

Kodak Retinette IA.

Kodak Retinette IA.

Obiektyw Kodaka Retinette IA nie należy do najjaśniejszych (Schneider-Kreuznach 50 mm, f:3,5). Migawka w moim egzemplarzu, Vero (później zastąpiona innymi), daje tylko niewielki wybór czasów otwarcia (od 1/200 do 1/25 plus B). Aparat ma wizjer lunetkowy, a nie dalmierzowy (widoczne drugie okienko na przedniej ściance służy do „wyświetlania” jasnej ramki w wizjerze), więc odległość trzeba ustawiać na oko. Ale zostawmy parametry. Retinette należy do najładniejszych aparatów, jakie trzymałem w dłoniach. Jest bardzo dobrze wykonana, wszystkie machanizmy pracują płynnie. Podczas naciągania migawki i filmu prawie nie czuć oporu – konstruktorzy musieli tu zastosować bardzo sprytną przekładnię. Aparat jest też bardzo mały; znacznie mniejszy niż wydaje się na zdjęciach. Do tego wszystkiego zgrabny i wykończony niklowanym metalem futerał.

Kodak Retinette IA.

Kodak Retinette IA.

Przykładowe zdjęcia z tego aparatu wykonane na taniej kliszy Superia 200, mierzone na oko regułą Sunny 16, odległość zgadywana też na oko.

Biegnij.

Biegnij.

Motyl.

Motyl.

Przystanek.

Przystanek.

Closer focus.

Closer focus.

Yashica Electro 35 GSN

Aktualizacja: 2011-12-27

„Żeby zrobić to zdjęcie, musiałbyś stracić przynajmniej 10 klatek” – głosiła w roku 1969 reklama aparatu Electro 35, na której pokazano zdjęcie modelki w trudnym, ulicznym oświetleniu. „Ale gdybyś miał Yashikę Electro 35, wystarczyłaby jedna”. W ten sposób zachwalano, niespecjalnie zresztą mijając się z prawdą, zalety elektronicznego pomiaru ekspozycji w Yashikach Electro 35.

Yashica Electro GSN.

Yashica Electro GSN.

Yashica Electro 35 GSN (i jego odpowiednik w czarnej kolorystyce GTN) to najbardziej zaawansowany z długiej serii dalmierzowych Electro 35 produkowanej w latach 60. i 70. Wzornictwo całej tej serii jest bardzo proste, a przy tym piękne. Korpus jest w zasadzie zwykłym prostopadłościanem – nieco zaokrągloną na krawędziach skrzynką, do której „przyczepione” zostały pokrętła, dźwignie, spust migawki i obiektyw, który zajmuje na przedniej ściance pozycję prawie centralną. Zmiany w zasadniczej linii Electro od pierwszego modelu Electro 35 do modelu GSN nie były wielkie. Najbardziej znaczące z nich to wprowadzenie pozłacanych styków w wewnętrznych połączeniach elektroniki w celu zredukowania skutków utleniania oraz dodanie gorącej stopki (model GSN); reszta to w zasadzie kosmetyka. Istnieją jednak również modele oznaczone jako Electro 35, a znacznie odbiegające od tamtych ze względu na zastosowane w nich nieco mniejszy korpus i inne obiektywy: MG-1 z obiektywem 45 mm 2,8 GL z obiektywem 40 mm 1,7 mm oraz CC z obiektywem 35 mm 1,8.

Yashica Electro GSN.

Yashica Electro GSN.

Aparat jest większy, niż wydaje się na zdjęciach; większy też od konkurencyjnych dalmierzy. Nie mieści się w kieszeni, ale też nie jest tak nieporęczny jak lustrzanka. Doskonale leży w dłoniach, jest dobrze wyważony (nie „ucieka” z rąk), a przewieszony przez ramię nie przeszkadza w wycieczkach. Przy dobrej pogodzie wolę go nosić bez górnej części futerału, która jest stanowczo za wielka (futerał GSN jest z rodzaju tych „garbatych”, podobny do futerałów np. Praktiki czy Canona FTb; inne modele serii Electro mają też futerały o zwykłym kształcie, tzn. z kubełkową osłoną obiektywu).

Yashica Electro GSN.

Yashica Electro GSN.

Największą zaletą Yashiki Electro jest obiektyw: Yashinon 45 mm o jasności 1,7. Są też modele z serii Electro z gorszymi obiektywami 2,8 (np. model MG-1); są one znacznie mniej popularne i nie cieszą się takim zainteresowaniem dzisiejszych fotografów ulicznych. Wśród rangefinderów z niewymiennym obiektywem z tym Yashinonem 1,7 może konkurować praktycznie tylko obiektyw Canoneta QL17. Yashinony do Yashiki były produkowane przez zakłady optyczne Tomioka (冨岡光学), które zresztą Yashika w roku 1969 wykupiła. Sześciosoczewkowy Yashinon 1,7 był przełomowy w tamtym czasie i pozostał legendarny do dziś. Dzięki niemu firma mogła wypuszczać hasła reklamowe w rodzaju „Lampa błyskowa? Po co?” – nie dlatego, że Electro nie współpracuje z lampami (wręcz przeciwnie, model GSN ma i gorącą stopkę, i złącze PC), ale dlatego, że jasny obiektyw i precyzyjny pomiar ekspozycji (patrz niżej) predysponowały aparat do fotografowania nawet przy bardzo słabym świetle.

Electro 35 GSN jest zasilana baterią 5,6 V, obecnie nie produkowaną, którą można jednak zastąpić mniejszą 6-woltową, uzupełniając lukę w komorze baterii np. monetami lub sprężynką. Wpływ różnicy w woltach na wskazania światłomierza jest niewielki i w praktyce można go pominąć. Do sprawdzania baterii jest osobny przycisk, który – jeśli bateria jest sprawna – podświetla licznik klatek (w starszych modelach zapalał również osobną lampkę).

Yashica Electro GSN.

Yashica Electro GSN.

Sam mechanizm nastawiania ekspozycji jest w aparatach Electro bardzo ciekawy i jedyny w swoim rodzaju. Na podstawie ustawionej czułości filmu i przysłony elektromagnes (od którego seria wzięła zresztą nazwę) bezstopniowo steruje czasem otwarcia migawki. Producent podaje, że na podstawie warunków oświetleniowych aparat potrafi prawidłowo dopasować czas w zakresie od 1/500 do… aż 30 sekund, a według niektórych użytkowników aparat potrafi ustawić nawet dłuższy czas naświetlania. Fotografujący nie wie, jaki czas nastawił aparat; kieruje się tylko wskazaniem dwóch lampek: jeśli świeci się pomarańczowa, trzeba skorzystać z podparcia lub statywu (czas dłuższy niż 1/30 sekundy); jeśli świeci się czerwona, jest za jasno mimo ustawienia najkrótszego czasu 1/500 — trzeba bardziej przymknąć przysłonę lub użyć mniej czułego filmu. Celowe prześwietlenie/niedoświetlenie można uzyskać odpowiednio zmieniając ustawienie czułości. Trzeba pamiętać o tym na przykład stosując filtry, ponieważ aparat sam nie bierze poprawki na filtr (mierzy światło przez okienko na korpusie – inaczej jest tylko w modelach CC, GL i MG-1, gdzie okienko pomiaru znajduje się wewnątrz obrysu obiektywu, a więc otrzymuje już przefiltrowane światło).

Petals.

Petals.

Step dancer.

Step dancer.

Daly\'s Bridge. Cork.

Daly’s Bridge. Cork.

Composition with a face.

Composition with a face.

Yashica Electro, superia

Yashica Electro, superia

Ciekawe linki:

Strona Yashica Guy prowadzona przez znawcę całej serii Electro

Strona Kena Rockwella poświęcona serii Electro