Jedyne lustro z takim wzorkiem

Lustro z wzorkiem

Wzorek.

 

Właśnie przyszło pocztą. Nie samo lustro rzecz jasna, ale zawierające je body również. I jeszcze dwa obiektywy.

 

Tylko w aparatach tej firmy lustro ma taki fajny wzorek. I w ogóle te aparaty mają dość specjalne miejsce w historii lustrzanek…

 

Fajny, niespotykany model za małe pieniądze, nie mogę się doczekać kiedy zamieszczę tutaj o nim artykuł. Ale wpierw czeka go trochę czyszczenia.

 

Jaki to aparat – polecam dociekliwym wyszukanie!

SX-70. Aparat prawdziwie innowacyjny.

Polaroid SX-70

 

Sądziłem, że jestem odporny na reklamy. Tymczasem ten aparat kupiłem na eBayu prawie natychmiast po obejrzeniu poniższego filmu reklamowego z lat 70. Jeśli nie chcesz zachorować na ten aparat, nie oglądaj (ostrzegałem!):

 

 

Wydałem pieniądze, których nie planowałem wydać… i nie żałuję. Mało który aparat przyniósł mi tak dużo radości i satysfakcji z efektów. Uzyskiwane obrazy są lekko rozmyte, mają wybitnie „niecyfrowe” kolory, pięknie oddają twarze ludzi. Mimo niewielkiego maksymalnego otworu przesłony (f/8) głębia ostrości może być bardzo płytka (pamiętajmy, że zależy ona także od wielkości rzutowanego obrazu, a tutaj jest on większy od typowego średniego formatu – prawie kwadratowy obraz ma wymiary 77 x 79 mm). Szkoda, że ładunki do aparatu kosztują tak dużo – inaczej nie wychodziłbym z domu bez SX-70, tym bardziej że mieści się w (sporej) kieszeni.

 

Polaroid SX-70

 

SX-70 był projektem życia Edwina Landa, który – oprócz prezesowania Polaroidowi – był przede wszystkim wynalazcą i naukowcem. Ze względu na jego zamiłowania naukowe, mimo braku tytułu akademickiego zazwyczaj zwracano się do niego per „dr Land”. W projekt SX-70 (który przed prezentacją w 1972 r. nosił kodową nazwę Aladdin) włożył ogromną ilość pracy i energii, dopracowując go w najdrobniejszych szczegółach. Polaroid SX-70 Land Camera to jednoobiektywowa lustrzanka do zdjęć natychmiastowych pracująca w pełnej automatyzacji ekspozycji. Jeden ładunek umożliwiał oryginalnie wykonanie 10 zdjęć (dostępne dziś materiały zastępcze, o których niżej, dają 8 zdjęć na opakowanie). Zastosowano w nim zaawansowany układ luster (w tym Fresnela), dzięki którym na gotowym zdjęciu będzie widać dokładnie to, co fotografujący widzi w wizjerze. Dodatkowo aparat jest składany na płasko, co jeszcze zwiększa stopień komplikacji. Trzymając złożony, niewielki SX-70 w dłoni trudno jest uwierzyć, że rzeczywiście współdziałają w nim pokazane na powyższym filmie systemy optyczny, mechaniczny, chemiczny i elektroniczny. Cytując magazyn Fortune z 1972 r., „…już sam proces produkcyjny SX-70 należy uznać za jedno z największych osiągnięć w historii przemysłu. Na projekt składa się szereg odkryć, wynalazków i innowacji technologicznych w dziedzinach tak odległych od siebie jak chemia, optyka i elektronika”.

 

 

Polaroid SX-70

 

SX-70 był rozwiązaniem tak innowacyjnym, że w czasie debiutu amerykańska prasa pisała o nim w kategoriach magii, a pierwsze przedstawienie aparatu przez samego Edwina Landa, podczas którego Land wyjął aparat z kieszeni marynarki i beztrosko pstrykał publiczność, po chwili pokazując im zdjęcia, przyrównuje się do współczesnej prezentacji iPhone’a w wykonaniu Steve’a Jobsa. Magazyn Life z 27 października 1972 zamieścił obszerny artykuł na temat tego wynalazku zatytułowany “Latest Bit of Magic”, a samego Edwina Landa na okładce. Wewnątrz pisma jest również zdjęcie laborantki sprawdzającej wklęsłe lustra (jedna z kluczowych części systemu optycznego SX-70), schemat ścieżki promieni świetlnych, a także fotografie wykonane tym aparatem przez profesjonalnego fotografika magazynu Life, Ko Rentmeestera. Czytamy o 17 powłokach chemicznych w materiale światłoczułym, o radykalnym skróceniu czasu wywoływania (zdjęcie wywołuje się już po wysunięciu z aparatu, w „ciemni” stworzonej przez światłochronną powłokę), o tym, że opracowanie samej idealnej krzywizny lustra wymagało… 2,5 roku czasu obliczeniowego komputerów, o układach scalonych równoważnych 300 tranzystorom (Land: „elektronika powszechnego użytku będzie od dziś wyglądać inaczej”).

 

 

Polaroid SX-70

 

Edwin Land kierował ten aparat do szerokiej rzeszy fotoamatorów i mimo wysokiej ceny (180 USD, co odpowiada nawet 1000 współczesnych dolarów) SX-70 sprzedawał się znakomicie. Do połowy 1974 r. sprzedano 700 tys. egzemplarzy. Potem wprowadzono różne odmiany tego aparatu, m.in. z pionierskimi autofokusami, a także tanie aparaty na te same kartridże co SX-70, ale o całkiem odmiennej konstrukcji (nie lustrzanki). Natomiast sam „amatorski” SX-70 zdobył uznanie także artystów najwyższej klasy. Fotografowali nim m.in Andy Warhol, a nawet legenda amerykańskiej fotografii, wielce niechętny fotografii kolorowej Walker Evans. Sukces SX-70 nie dawał spać konkurencji. Na przykład Kodak wyprodukował aparaty do fotografii natychmiastowej EK4 i EK6, naruszając przynajmniej kilka patentów Edwina Landa. Polaroid odpowiedział pozwem i skończyło się wypłatą 900 milionów USD na rzecz Polaroida i sądowym zakazem produkcji i sprzedaży aparatów Kodaka.

 

 

Polaroid SX-70

 

Aparat nie wymaga wiele od fotografującego. Wystarczy załadować kasetę z materiałem światłoczułym (zawiera ona też baterię 6 V zasilającą elektronikę i mechanikę aparatu), ustawić ostrość i nacisnąć spust. W pierwszych modelach nie było żadnego mechanizmu wspomagającego ustawianie ostrości, jednak na prośby klientów Polaroid wyposażył matówkę w klin, który bardzo ułatwia tę czynność. Aparat sam nastawia czas ekspozycji. Jasność czterosoczewkowego obiektywu o ogniskowej 116 mm wynosi f/8, a zakres czasów otwarcia migawki od 1/175 s do ponad 10 s (na filmiku reklamowym mowa o 14 sekundach, w magazynie Life o 15 sekundach, a z kolei w Popular Mechanics o przedziale 1/200 s do 20 s). W szczególnie trudnych warunkach oświetleniowych ekspozycję można skorygować pokrętłem z lewej strony. Aparat ostrzy blisko, już od ok. 26 cm, a odległość tę można jeszcze zmniejszyć przez zastosowanie specjalnych soczewek. Szczelina nad przednim panelem służy do podłączania 10-strzałowej lampy błyskowej. Przy podłączonej lampie i bardzo bliskim ostrzeniu aparat silnie przymyka przysłonę (wg Popular Mechanics aż do f/90), dając wyjątkowo dużą głębię ostrości w fotografii zbliżeniowej.

 

 

Polaroid SX-70

 

Polaroid od 2006 roku nie produkuje materiałów światłoczułych do SX-70, ale fani tych aparatów mogą zaopatrywać się w firmie Impossible Project, która wykupiła część zakładów Polaroida w Enschede i produkuje pod własną marką ładunki pasujące do SX-70 (jak i niektórych innych modeli Polaroida). Materiały te nie są produkowane według receptur Polaroida, które pozostały zastrzeżone, ale dość dobrze spełniają swoją rolę. Nieco inaczej reagują na światło (ekspozycję trzeba praktycznie zawsze „przyciemnić”) oraz nie umożliwiają rozprowadzania niezaschniętej jeszcze emulsji tuż po naświetleniu (właściwość, która wykorzystywana była do uzyskiwania efektu specjalnego przypominającego obrazy impresjonistów). Kolejna różnica względem oryginalnych materiałów polaroidowych polega na tym, że zdjęcie Impossible Project po wysunięciu z aparatu trzeba umieścić w ciemnym miejscu, np. w kieszeni lub pudełku. Oryginalne zdjęcie Polaroida wywoływało się kilka minut; w przypadku Impossible Project jest to raczej kilkanaście minut. Ponadto z własnego doświadczenia widzę, że ładunki Impossible Project są bardzo czułe na temperaturę wywoływania, a temperatura barw na gotowej odbitce dobrze odzwierciedla… temperaturę powietrza podczas robienia zdjęcia. Im cieplej było odbitce podczas wywoływania, tym cieplejsze są kolory. Zdjęcia zrobione w chłodny wiosenny poranek wyszły z mocną niebieskawą tintą; te zrobione w ciepłym mieszkaniu mają barwy ciepłe. Wreszcie wypada wspomnieć, że ładunki Impossible Project są drogie. Jedna sztuka materiału kolorowego (8 zdjęć) kosztuje 20 EUR; najbardziej opłaca się kupić pakiet 5 opakowań, aktualnie za 92 EUR, do którego dokładają jeszcze album gratis.      

 

 

Polaroid SX-70

 

 

 

 

Polaroid SX-70

 

Polaroid SX-70

 

Polaroid SX-70

 

 

Portret wykonany aparatem SX-70 na kliszy Impossible Project.

 

 

Portret. Aparat SX-70, klisza Impossible Project.

 

 

SX-70. Impossible Project.

 

 

SX-70. Impossible Project.

 

 

SX-70. Impossible Project.

 

 

SX-70. Klisza Impossible Project. Artefakt po lewej stronie to efekt wyładowania elektrycznego. Artefakt na górze to efekt nierównomiernego rozprowadzenia farby. Zdjęcia ze starych Polaroidów są nieprzewidywalne i jedyne w swoim rodzaju…

Konica Auto S3

Konica Auto S3

Konica Auto S3

Skrzynka 3 x 7 x 11 cm. Do tego wystający na nieco ponad 2,5 cm obiektyw. W aparacie tych wymiarów — mieszczącym się wygodnie w dłoni — japońska firma Konishiroku upakowała wszystko to, na co było stać przemysł fotograficzny lat 70.: precyzyjny mechanizm dalmierzowy, migawkę sprzężoną ze światłomierzem i działającą w priorytecie czasu, blokadę ekspozycji, przełomowy obiektyw, samowyzwalacz i jeszcze coś specjalnego. Tym specjalnym dodatkiem jest mechanizm, który aktywuje się po włożeniu lampy błyskowej w przeznaczone do niej złącze (wsunięcie lampy powoduje naciśnięcie ukrytego pod szynami lampy przycisku). Mechanizm ten, na podstawie raz ustawionego numeru przewodniego lampy (GN) automatycznie nastawia przysłonę w zależności od nastawionej przez fotografującego ostrości (czyli odległości od obiektu). Konica w reklamach bardzo zachwalała tę funkcję (choć może wybierając do tego nienajlepsze zdjęcia przykładowe), ale to nie dzięki niej aparat zyskał doskonałą renomę wśród zaawansowanych fotoamatorów — i to nie dzięki niej jest także dzisiaj bardzo poszukiwany i ceniony. Konica Auto S3 jest znana przede wszystkim ze swojego obiektywu.

Konica Auto S3

Konica Auto S3

Konica Auto S3

Konica Auto S3

Konica Auto S3

Konica Auto S3
Hexanon o ogniskowej 38 mm i jasności f=1,8 to mistrz w swojej klasie. Pod względem jakości obrazu sam stawiam go na równi ze znacznie większym gabarytowo Yashinonem 1.7 (45 mm); inni przyrównują go do obiektywu Canoneta (40 mm). A według redaktorów Modern Photography to jeden z najlepszych obiektywów umiarkowanie szerokokątnych o tej jasności, jaki kiedykolwiek testowali (za Stephenem Gandym). Taką samą ogniskową mają liczne i popularne w latach 80. aparaciki mniej lub bardziej automatyczne, ale poza ogniskową porównania nie ma żadnego. Hexanon 1.8 ma 6 soczewek w 4 grupach. Daje obraz bardzo wyraźny w planie ostrym i ślicznie rozmyty w pozostałych planach. Zachowuje bardzo wysoką rozdzielczość przy wszystkich przysłonach. Działa precyzyjnie (a precyzję nastawiania ostrości wg dalmierza dodatkowo zwiększa wygodna dźwignia przymocowana do pierścienia ostrości) i daje klarowny, przyjemny w oglądaniu obraz. Dzięki temu obiektywowi, czułemu światłomierzowi CdS oraz szerokiemu zakresowi czasów otwarcia migawki (od 1/500 do 1/8 s oraz czas B) ten mały aparacik sprawdzi się praktycznie wszędzie: na wycieczce w słoneczny dzień i przy słabym świetle lampki pokojowej.

 

Konica Auto S3

Konica Auto S3

Konica Auto S3

Konica Auto S3

Konica Auto S3

Konica Auto S3
Jak wspomniałem, aparat jest wyposażony w blokadę ekspozycji. To rzadka funkcja w dalmierzowych aparatach lat 70.; ze znanych mi rangefinderów tej epoki miały ją tylko te bardzo zaawansowane, takie jak Minolta Hi-Matic czy Olympus 35 SP; nie miała tej funkcji np. bardzo postępowa technicznie Yashica Electro. Aby zablokować nastawioną przez automat przysłonę wystarczy nacisnąć przycisk migawki do połowy — czyli tak, jak we współczesnych lustrzankach. W wizjerze, którego współczynnik powiększenia wynosi 0,55x, zawsze widać nastawioną przysłonę; natomiast kiedy wskazówka po prawej stronie wykracza poza skalę przysłony w górę lub w dół (na czerwone pole), wtedy wiemy, że trzeba się liczyć z prześwietleniem lub niedoświetleniem zdjęcia. Ponadto w wizjerze — zresztą bardzo jasnym i czytelnym — widać jeszcze tylko ramkę pokazującą granicę zdjęcia, wraz z dodatkowym narożnikiem wyznaczającą granicę zdjęcia przy fotografowaniu z małej odległości.

 

Konica Auto S3

Konica Auto S3

Konica Auto S3

Konica Auto S3


Za mierzenie światła odpowiada czujnik CdS znajdujący się tuż nad przednią soczewką obiektywu, wewnątrz obrysu gwintu mocowania filtrów (średnica gwintu wynosi 49 mm). Dlatego światłomierz kompensuje odczyt odpowiednio do założonego filtra. Ponadto założenie osłony obiektywu powoduje odcięcie dopływu światła do elementu światłoczułego, a w rezultacie „wyłączenie” światłomierza. Światłomierz aparatu był zasilany baterią rtęciową 1,35 V. Obecnie te baterie nie są produkowane i trzeba użyć baterii 1,5 V. Ponieważ bateria o wyższym napięciu nieco zawyża odczyty światłomierza, trzeba wziąć na to poprawkę i np. ustawić nieco niższą czułość, np. zamiast 400 ASA (ISO) ustawić pierścieniem na obiektywie punkt między 200 a 400 ASA. Oprócz tego pierścienia czułości (zakres od 25 do 800 ASA) na obiektywie są jeszcze pierścień ostrości (aparat ostrzy od 0,9 m), czasu (wybranie czasu B wymaga przyciśnięcia małej metalowej blaszki przed tym pierścieniem) oraz pierścień liczby przewodniej lampy błyskowej (nastawy od 7 do 56 m).

 

Konica Auto S3

Konica Auto S3


Z aparatu korzysta się bardzo przyjemnie. Świetnie leży w dłoni, a pierścień ostrości „znajduje się sam” gdy mamy aparat przy oku — bo jest wyposażony w wygodną dźwignię. Centralna migawka listkowa, otwierana w czasach od 1/8 do 1/500 sekundy (plus otwarcie na nieograniczony czas B, którego wybranie wymaga naciśnięcia dodatkowej blaszki na pierścieniu), jest bardzo cicha — zaledwie krótkie cyknięcie, które nie wyprowadza aparatu z równowagi; osoby, które mają „stabilną” rękę mogą pokusić się o fotografowanie z ręki na czasie nawet 1/15 s. Naciąg migawki również działa bardzo precyzyjnie. Producent celowo przewidział 40-stopniowy luz na dźwigni naciągu, dzięki któremu palec zyskuje lepsze podparcie do wykonania pełnego ruchu dźwignią (132 stopnie). Licznik pokazuje liczbę już zrobionych zdjęć i zeruje się automatycznie.

 

Konica Auto S3

Konica Auto S3


Konica Auto S3 to aparat jest stosunkowo rzadki. Według szacunków użytkowników serwisu Rangefinderforum, wykonanych na podstawie numerów seryjnych i oznaczeń dat produkcji, w latach 1973-1979 wyprodukowano ok. 190 tysięcy egzemplarzy, co jest liczbą niewielką jak na tak długi okres produkcji aparatu kierowanego do odbiorcy masowego. Prezentowany tutaj egzemplarz ma numer seryjny 195308 i pochodzi z lipca 1974 r. Pierwotnie — według reklam w Popular Mechanics — kosztował 127 USD (czyli przynajmniej 500 dzisiejszych dolarów). Ja kupiłem go okazyjnie za 30 zł na Allegro (sprzedawca opisał go jako „jakaś stara Konica”…). Ceny „kup teraz” na eBayu zaczynają się od 100 USD.

Skan instrukcji obsługi tego aparatu w języku angielskim: http://www.thecamerasite.net/web/AutoS3man.pdf

 

Konica Auto S3, BW400CN

Konica Auto S3, BW400CN

Konica Auto S3, BW400CN

Konica Auto S3, BW400CN

Konica Auto S3, BW400CN

Konica Auto S3, BW400CN

Konica Auto S3, BW400CN

Konica Auto S3, BW400CN

Konica Auto S3, BW400CN

Konica Auto S3, BW400CN

Konica Auto S3, FarbWelt

Konica Auto S3, FarbWelt

Konica Auto S3, FarbWelt

Konica Auto S3, FarbWelt

Konica Auto S3, FarbWelt

Konica Auto S3, FarbWelt

Konica Auto S3, FarbWelt

Konica Auto S3, FarbWelt

Konica Auto S3, FarbWelt

Konica Auto S3, FarbWelt

Konica Auto S3, FarbWelt

Konica Auto S3, FarbWelt

 

Mała i zgrabna Minolta AL-F

Minolta AL-F.

Minolta AL-F.

 

Minolta AL-F z roku 1967 to mały i bardzo elegancki aparacik z dalmierzem, automatyczną ekspozycją (priorytet czasu) i obiektywem Rokkor 38 mm o jasności 1:2,7 (4 soczewki w 3 grupach; średnica filtra: 46 mm). Czas otwarcia migawki nastawia się w zakresie od 1/30 do 1/500 sekundy, a aparat sam dobiera przysłonę. Co bardzo ważne, wciśnięcie przycisku do połowy (do pierwszego wyczuwalnego oporu) powoduje zablokowanie ekspozycji – tak jak we współczesnych aparatach cyfrowych. To bardzo przydatna funkcja przy fotografowaniu ujęć o dużej rozpiętości między światłami i cieniami. W taki sposób wykonano na przykład poniższe zdjęcie ciemnych doniczek na tle jasnego okna. Minolty serii AL były sprzedawane równolegle z bardziej zaawansowanymi dalmierzami serii Hi-Matic, ale choć reklamowane jako prostsze, są wykonane tak samo precyzyjnie jak Hi-Matiki. Minolta AL-F ma bardzo zwartą i solidną budowę, a jednocześnie dużo w niej finezji: sprawia wrażenie aparatu delikatnego, skonstruowanego z myślą o mniejszych (damskich?) dłoniach. Prawie wszystkie elementy zewnętrzne są metalowe, a kilkudziesięcioletnie egzemplarze prezentują się znakomicie.

 

Minolta AL-F. Expired Superia 200. Ekspozycja ustawiona najpierw na cienie (doniczki), potem zablokowana.

Minolta AL-F. Expired Superia 200. Ekspozycja ustawiona najpierw na cienie (doniczki), potem zablokowana.

 

Ciekawostką jest ułatwienie obsługi lamp błyskowych – funkcja, którą producent nazywa „Easy Flash”. Na pierścieniu obiektywu wystarczy ustawić numer przewodni (GN) posiadanej lampy, a aparat sam dobierze przysłonę w zależności od ustawionej odległości od obiektu. AL-F ma też gorącą stopkę, więc lampy nie trzeba podłączać przez kabelek (choć można). Prezentowany tu egzemplarz widzimy z dołączoną firmową lampą Minolta electroflash-2, często zakładaną na dalmierze tej firmy i często razem z nimi sprzedawaną (pokrowiec lampy ma nawet szlufki umożliwiające przyczepienie do paska aparatu). Po zamocowaniu tej lampy wystarczy odczytać liczbę przewodnią dla danej czułości filmu (np. dla ISO 100 wartość przewodnia GN wynosi 14) i ustawić tę wartość pierścieniem obiektywu, a czas naświetlania ustawić na „błyskawicę”. Od tej pory nie trzeba już się martwić o prawidłowe naświetlenie zdjęć z lampą – wystarczy dobrze ustawić odległość za pomocą dalmierza. Dodatkowo, gdyby na samej lampie nie było takiej informacji, wewnątrz futerału wlepiona jest blaszka z tabelą informującą, w jakim zakresie odległości możemy spodziewać się dobrego naświetlenia obiektu przy danej liczbie przewodniej. Zresztą zam futerał jest też bardzo dobrze zaprojektowany i wykonany – został zrobiony ze skóry wysokiej jakości, a górna (odczepiana) część jest sztywna i ma obły kształt, co ułatwia jej wciśnięcie np. do ściśle upakowanej walizki.

 

Minolta AL-F.

Minolta AL-F.

Minolta AL-F.

Minolta AL-F.

 

Minolta AL-F jest finezyjna i precyzyjna nie tylko powierzchownie. Pracuje także bardzo ładnie: migawka Seiko wydaje przyjemny dźwięk podczas wyzwalania, bez „brzęknięcia” spotykanego w niektórych migawkach centralnych. Wszystkie pierścienie chodzą z odpowiednim oporem (pierścień liczby przewodniej lampy trudniej jest poruszyć i słusznie – to ustawienie zmienia się znacznie rzadziej), a plamka dalmierza w wizjerze jest bardzo wyraźna (wyraźniejsza niż na przykład w Yashice Electro czy w Petri). Zresztą cały wizjer jest dobrze pomyślany – obraz jest dość jasny, a aparat sam bierze poprawkę na paralaksę poziomą (obraz przesuwa się wraz obracaniem pierścieniem odległości); o paralaksie pionowej użytkownik musi pamiętać sam – w wizjerze w lewym górnym rogu jest tylko klin pokazujący, gdzie będzie się kończył obraz przy małych odległościach (ok. 1 m). Po prawej stronie wizjera widać dużą i wyraźną skalę przesłony oraz strzałkę, która pokazuje wartość ustawioną przez aparat.

 

Minolta AL-F.

Minolta AL-F.

 

Minolta AL-F.

Minolta AL-F.

 

Światłomierz aparatu wymaga baterii 1,3 V, ale zamiast tych oryginalnych rtęciowych, dziś niedostępnych, można użyć zwykłej „pastylki” 1,5 V. Wywołane zdjęcia nie wskazują na to, żeby precyzja działania światłomierza bardzo ucierpiała na tej zmianie.

Napis CLC na froncie obiektywu oznacza „Contrast Light Compensator” i dotyczy opracowanego przez Minoltę sposobu pomiaru światła. Zamiast jednego czujnika CdS zastosowano tutaj dwa, a ich odczyty są wzajemnie kompensowane. To znaczy, że w większości przypadków fotografujący nie musi wprowadzać żadnych poprawek, gdy fotografowany obraz charakteryzuje się wysokim kontrastem. Nota bene, ten sam system CLC był stosowany w lustrzankach Minolty oraz w bardziej zaawansowanych modelach dalmierzy Hi-Matic (np. w 7s). Ponadto czujniki CdS znajdują się w obrębie obudowy obiektywu, w związku z czym założenie filtra powoduje odpowiednie skorygowanie odczytu.

 

Minolta AL-F.

Minolta AL-F.

 

Minolta AL-F.

Minolta AL-F.

 

Minimalna odległość ostrzenia: 0,8 m. Licznik zdjęć ustawia się na „0” automatycznie po zamknięciu tylnej ścianki. Inne ciekawe rozwiązania konstrukcyjne to półokrągłe wycięcie na spodzie ułatwiające wkładanie kasetki z kliszą oraz zakryty estetyczną śrubką otwór do regulacji dalmierza, znajdujący się tuż obok korbki zwijania kliszy. Kolejna ciekawostka: ponieważ ustawienie „Flash” (tj. obrócenie pierścienia czasu na symbol błyskawicy) powoduje wyłączenie światłomierza, można tego ustawienia używać jako „wyłącznika” aparatu – i w ten sposób zmniejszyć zużycie baterii.

Numer seryjny prezentowanego tu egzemplarza: 136857. Lampa: 0050371.

 

Minolta AL-F. Expired Superia 200. 1/30 sekundy, pełny otwór (1:2.7).

Minolta AL-F. Expired Superia 200. 1/30 sekundy, pełny otwór (1:2.7).

 

 

 

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

 

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

 

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

 

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

 

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

 

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

 

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

 

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

 

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

Minolta AL-F. Expired Superia 200.

Fuji DL-200 – świetny aparat z czasów „Policjantów z Miami”

Fuji DL-200.

Fuji DL-200.

 

Wprowadzony w roku 1985 Fuji DL-200 to aparat całkowicie automatyczny (nie trzeba nic ani nastawiać, ani przewijać). Litery „DL” to skrót od „drop-in loading”, czyli „wrzucasz kasetkę z filmem i więcej o nic się nie martwisz”. Po załadowaniu filmu jest on najpierw automatycznie przewijany do końca; dopiero z każdym robionym zdjęciem chowa się do kasetki. To ma zabezpieczać przed przypadkowym prześwietleniem już zrobionych zdjęć (otwarcie tylnej ścianki spowoduje prześwietlenie tylko jeszcze nieużytej części kliszy). Podobne rozwiązanie jest np. w aparatach serii Agfa Optima Sensor, z tym że tam kliszę przewija się siłą palców, a tutaj pracę wykonuje silniczek. Licznik klatek po załadowaniu filmu ustawia się na 36 lub 24, tzn. pokazuje pozostałą liczbę zdjęć. W razie konieczności kliszę można przewinąć do kasetki przed zrobieniem wszystkich zdjęć – służy do tego trudno dostępny, zagłębiony przycisk Rewind. Wciśnięcie przycisku wymaga użycia czegoś ostrego, ale producent przewidział sytuację, że pod ręką może nie być długopisu czy spinacza, i specjalnie zaprojektował szlufkę oryginalnego paska, której kształt umożliwia właśnie wciśnięcie tego przycisku!

 

Fuji DL-200.

Fuji DL-200.

Fuji DL-200.

Fuji DL-200.

 

Fuji DL-200 ustawia parametry filmu (liczba klatek i czułość) na podstawie kodu DX naniesionego na kasetkę filmu. Czułość może zostać ustawiona w zakresie od 50 do 1600 ISO. Jeśli na kasecie nie ma kodu DX, ustawiana jest czułość 100 ISO. Rodzaj założonego filmu można podejrzeć przez okienko w tylnej ściance aparatu.

Odsunięcie osłony obiektywu (która jest jednocześnie osłoną wizjera) powoduje włączenie elektryki aparatu i naładowanie lampy. Aparat jest gotowy do strzału. Fotografującemu pozostaje tylko ustawić ostrość (naciśnięcie przycisku do połowy), skomponować kadr w wizjerze i zrobić zdjęcie (naciśnięcie przycisku do końca). Jeśli warunki oświetleniowe są zbyt słabe, aparat sam uaktywnia lampę; błysk lampy można także wymusić – w tym celu podczas naciskania spustu migawki trzeba trzymać naciśnięty przycisk Fill-in Flash znajdujący się z tyłu. Czas otwarcia migawki (od 1/40 do 1/400) i przysłona są ustawiane automatycznie z chwilą naciśnięcia przycisku migawki do połowy.

Jedna z reklam: widać odwrócony aparat Fuji z lekko tylko uchyloną ścianką, od góry rozmyta w ruchu dłoń wrzucająca film do środka – do tego sprowadzało się całe ładowanie filmu. Rozmyciem dłoni reklama sugeruje błyskawiczność całej operacji. Pod spodem wymienione wszystkie aparaty serii: DL7, DL10, DL30, DL150, opisywany tutaj DL200 (z ceną 119,95 funtów!), DL300 oraz TW300.

 

Fuji DL-200.

Fuji DL-200.

 

W DL200 wbudowano obiektyw Fujinon o jasności 1:2,8, składający się z 4 soczewek w 4 grupach, który można zaliczyć do silnie szerokokątnych (32 mm). Ostrzy już od 60 cm, a nastawianie ostrości jest automatyczne – następuje po naciśnięciu przycisku do połowy. Obiektyw tylko wydaje się niepozorny; robi bardzo ładne zdjęcia, a obszary nieostre mają równie ładne rozmycie, jak w przypadku dużo „poważniejszych” obiektywów.

Fuji DL-200 jest bardzo ładny wzorniczo. Lekko tylko zaokrąglony na krawędziach prostopadłościan korpusu nie ma żadnych wystających elementów, a niewyszukane ukośne ścięcie pod przycisk migawki jest zrównoważone ukosem osłony obiektywu (zakrywającej także wizjer). Jedyne dwa elementy używane podczas zwykłej obsługi aparatu – przycisk migawki i krawędź osłony obiektywu – oznaczono dyskretnym odcieniem koloru pomarańczowego. Całość sprawia bardzo solidne wrażenie i podobnie solidnie działa. Istnieją też wersje w innych kolorach, przynajmniej wiadomo mi o czerwonej; jest także wersja z datownikiem (DL-200 DATE).

 

Fuji DL-200.

Fuji DL-200.

 

Aparat jest zasilany 6-woltową baterią typu CR-P2 (inne nazwy markowe: National BR-P 2N 6V, Panasonic BR-P 2P 6V, Duracell DL 223A 6V). Według instrukcji bateria starcza na zrobienie 1000 zdjęć, jeśli połowa z nich jest z lampą. Zasilanie aparatu zostaje włączone automatycznie po odsunięciu osłony obiektywu; ładuje się wtedy także lampa błyskowa.

W przeciwieństwie do niektórych wczesnych aparatów w pełni automatycznych, Fuji DL-200 działa dość cicho, a dźwięk migawki i naciągu kliszy jest raczej przyjemny. Ponieważ autofokus jest wspomagany promieniem podczerwieni, aparat nie ma problemu z nastawieniem ostrości także w całkowitej ciemności; miewa natomiast wtedy, gdy fotografowany obiekt jest za szybą lub pod słońce.

 

Fuji DL-200.

Fuji DL-200.

 

Aparatem wykonałem kilka klisz i jestem cały czas pod dużym wrażeniem solidności i precyzji działania. I ostrość, i ekspozycja są ustawione prawie zawsze tak, jak tego oczekiwałem – nawet w trudnych warunkach. DL-200 nie ma problemu ze złapaniem ostrości nawet szybko poruszających się obiektów, co pozycjonowałoby go jako dobrego kandydata do fotografii ulicznej. Kolejnym argumentem jest szerokokątny obiektyw – ogniskowa 32 mm wręcz doskonale nadaje się do łapania scenek ulicznych. Problemem w fotografii ulicznej może być automatyczna lampa błyskowa, której nie można wyłączyć: jeśli aparat uzna, że jest za ciemno dla danej czułości kliszy, włączy lampę. Mimo to nadal uznałbym go za bardzo dobre narzędzie „street-shootera”, szczególnie takiego fotografującego w jasny dzień, bo to aparat bardzo poręczny i dyskretny. Rozwiązaniem automatycznej lampy może być stosowanie wysokoczułych klisz albo ich forsowanie (w przypadku tego aparatu, tak jak każdego działającego na kodach DX, forsowanie wymaga prostego zmodyfikowania kodu DX na kasecie filmu).

 

 

Skutermistrzyni. Fuji DL-200.

Skutermistrzyni. Fuji DL-200.

 

Fuji DL-200 - sam sobie na wyciągnięcie ręki.

Fuji DL-200 – sam sobie na wyciągnięcie ręki.

Dach. Fuji DL-200.

Dach. Fuji DL-200.

Pod słońce. Fuji DL-200.

Pod słońce. Fuji DL-200.

Samochodzik. Fuji DL-200.

Samochodzik. Fuji DL-200.

Zachód. Fuji DL-200.

Zachód. Fuji DL-200.

Uliczka. Fuji DL-200.

Uliczka. Fuji DL-200.

Motocyklista. Fuji DL-200.

Motocyklista. Fuji DL-200.

Bardzo pod słońce. Fuji DL-200.

Bardzo pod słońce. Fuji DL-200.

Street. Fuji DL-200.

Street. Fuji DL-200.

Boeing. Fuji DL-200.

Boeing. Fuji DL-200.

Koło zamiast głowy. Fuji DL-200.

Koło zamiast głowy. Fuji DL-200.

Ostrość blisko. Fuji DL-200.

Ostrość blisko. Fuji DL-200.

Owoce cytrusowe. Fuji DL-200.

Owoce cytrusowe. Fuji DL-200.

Strój. Fuji DL-200.

Strój. Fuji DL-200.

Plama światła. Fuji DL-200.

Plama światła. Fuji DL-200.

Rowerzysta. Fuji DL-200.

Rowerzysta. Fuji DL-200.

Pan z harmonijką. Fuji DL-200.

Pan z harmonijką. Fuji DL-200.

Pracownik telekomunikacji. Fuji DL-200.

Pracownik telekomunikacji. Fuji DL-200.

Żółty hotel. Fuji DL-200.

Żółty hotel. Fuji DL-200.

Słup w wodzie. Fuji DL-200.

Słup w wodzie. Fuji DL-200.

 

Woda i góra. Fuji DL-200.

Woda i góra. Fuji DL-200.

Na dworcu. Fuji DL-200.

Na dworcu. Fuji DL-200.

Mgła w oddali. Fuji DL-200.

Mgła w oddali. Fuji DL-200.

Canon AF35M II. Niezawodny i głośny.

Canon AF35M II

Canon AF35M II

 

Wprowadzony w kwietniu 1983 r. Canon AF35M II to drugie wcielenie pierwszego kompaktu Canona z autofokusem (AF35M) z listopada 1979. Oba aparaty określano także nazwami Sure Shot (w Stanach) oraz Autoboy (w Japonii). Tak jak dziesiątki modeli kompaktów różnych producentów z tych lat, miał obiektyw 38 mm o jasności 2,8.

Pod koniec lat 70. na rynku małych aparatów dla Kowalskiego (ale nie tego polskiego…) nastąpiło silne ożywienie, bo kilka firm na raz finalizowało prace nad modelami automatycznie nastawiającymi ostrość. Zwróćmy uwagę, że wówczas jeszcze do niedawna o automatycznym nastawianiu ostrości mówiło się tylko w kontekście science-fiction lub w najlepszym razie jako o nowince w laboratoriach wynalazców. Większość lat 70. należała do lustrzanek i pięknych rangefinderów – ale i w jednych, i w drugich ostrość trzeba było nastawiać ręcznie. Tym niemniej prace trwały i kilku producentom udało się wreszcie zbudować działające – i nadające się do zastosowania w aparatach – systemy automatycznego nastawiania ostrości. Wyścig wygrała Konica, która jako pierwsza wprowadziła aparat C35AF z użytym na licencji systemem Visitronic. Natomiast Canon opracował własny system autofocusa, CAFS. Wynalazek Canona tym różnił się od Visitronica, że do określenia odległości od obiektu używał własnego promienia światła podczerwonego. Był to więc system aktywny, w przeciwieństwie do pasywnego Visitronica, który tylko „zbierał” światło padające z fotografowanej sceny.

Canon AF35M II + akcesoria

Canon AF35M II + akcesoria

W systemie CAFS z jednego z okienek aparatu wysyłana była wiązka promieni podczerwonych, a w trakcie promieniowania kąt wiązki był zmieniany; aparat „skanował” scenę. Gdy wiązka natrafiła na obiekt w taki sposób, że odbita trafiła do drugiego okienka aparatu (czujnika), na podstawie znanego kąta wypuszczenia wiązki oraz na zasadzie triangulacji aparat odczytywał odległość od obiektu. I można było zrobić ostre zdjęcie.

Problematyczny w systemie Canona był bardzo wąski kąt pola pomiaru odległości; wynosił on zaledwie 1,5°. W związku z tym trzeba było uważać, żeby nie nastawić ostrości na fragment krajobrazu między głowami fotografowanych osób albo na pręt klatki zamiast na znajdującego się w klatce lwa. Nie można było również nastawić ostrości przez szybę (szkło nie jest przezroczyste dla promieni podczerwonych). Natomiast wielką zaletą systemu CAFS, którą nie mógł się pochwalić Visitronic, była możliwość ostrzenia nawet w całkowitej ciemności.

 

Canon AF35M II + akcesoria

Canon AF35M II + akcesoria

 

Mój egzemplarz (nr 4278240), oprócz futerału i instrukcji, ma jeszcze dodatkowe dwie nasadki na obiektyw, jedną wydłużającą ogniskową, a drugą skracającą. Nasadki firmy Rokinon zostały opracowane specjalnie dla tego modelu aparatu i pasują tylko do niego. Zakłada się je w dość ciekawy sposób: przy tylnym obiektywie nasadki znajdują się dwie szczęki rozporowe, które po nałożeniu nasadki na obiektyw i obróceniu pierścieniem w pozycję „lock” zachodzą za przednią osłonę obiektywu i zapewniają solidne mocowanie. Nasadka ma także „oczko” przepuszczające promienie światła do czujnika CdS znajdującego się tuż obok obiektywu. Poniżej niekadrowane próbki kolejno: z założoną nasadką szerokokątną, bez żadnej nasadki, z założoną nasadką tele:

 

Canon AF35M II z nasadką szerokokątną.

Canon AF35M II z nasadką szerokokątną.

Canon AF35M II bez nasadek.

Canon AF35M II bez nasadek.

Canon AF35M II z nasadką tele.

Canon AF35M II z nasadką tele.

Canon AF35M II jes aparatem w pełni automatycznym. Sam nastawia ostrość, określa ekspozycję i przewija film. Wystarczy nacisnąć przycisk. Co więcej, w przeciwieństwie do pierwszych Konik, ten Canon umożliwia ostrzenie w miejscu innym niż środek klatki. Żeby to zrobić, trzeba przed zrobieniem zdjęcia przesunąć w dół dźwignię self-timer/prefocus; to powoduje, że pierwsze naciśnięcie spustu migawki skutkuje tylko nastawieniem ostrości (ustawioną ostrość można odczytać na skali w wizjerze); dopiero drugie naciśnięcie – kiedy już ustawimy kadr tak, jak nam się podoba – spowoduje wyzwolenie migawki. Ta sama dźwignia załącza też samowyzwalacz: jeśli po nastawieniu ostrości będziemy zwlekać zbyt długo z drugim naciśnięciem przycisku, po 10 sekundach aparat sam wyzwoli migawkę.

Canon AF35M II z telenasadką

Canon AF35M II z telenasadką

Po pierwszych testach wygląda na to, że system autofokusa Canona sprawia się całkiem nieźle. Łapie ostrość precyzyjnie nawet na szybko poruszających się obiektach. Stanowczą jego zaletą w porównaniu z Konicą C35AF jest to, że można robić zdjęcia w ciemności – tam, gdzie Konica nie będzie w stanie nastawić ostrości. Natomiast wadą to, że działający na podczerwień CAFS Canona czasami głupieje, gdy w czujniki wpadną promienie słoneczne – wtedy zdjęcia czasem wychodzą nieostre. Do innych wad zaliczyłbym bardzo głośną pracę, zarówno samej migawki, jak i systemu przewijania; dźwięk nie dość że silny, to ma jeszcze nieprzyjemne, „brzęczące” brzmienie.

Aparat jest zasilany 2 bateriami AA (zwykłe paluszki) i jeden zestaw baterii wystarcza wg producenta na 50 klisz po 36 zdjęć każda, jeśli nie korzystamy z lampy. Jeśli cały czas pstrykamy z lampą – na ok. 7 klisz.

 

 Canon AF35M II ostrzy także w ciemności
Canon AF35M II ostrzy także w ciemności

 

Canon AF35M II dobrze łapie ostrość nawet obiektów ruchomychCanon AF35M II dobrze łapie ostrość nawet obiektów ruchomych

 

Canon AF35M II dobrze łapie ostrość nawet obiektów ruchomychCanon AF35M II dobrze łapie ostrość nawet obiektów ruchomych

 

Dziecię za szybą

Dziecię za szybą

 

Kot + balonKot + balon

Pentax ES

Aktualizacja: 15 lutego 2012 r.

 

Pentax ES.

Pentax ES.

 

„Pentax ESII. Perfekcyjnie ustawiona ekspozycja za każdym razem” – głosiła reklama tego aparatu z roku 1974. Marketingowy przymiotnik „perfekcyjnie” miał tutaj akurat pokrycie w faktach: Pentax ES i jego następca ESII, w zależności od ustawionej przysłony i tym samym światła wpadającego przez obiektyw i lustro do pryzmatu, nastawia czas otwarcia migawki bezstopniowo – a więc na przykład na 1/993 sekundy. „Czyż nie na taki aparat czekałeś?” – pytał dalej ten sam plakat reklamowy, ale pytanie to nie było skierowane do wszystkich. Raczej do bardzo zaawansowanych amatorów fotografii i to tych z grubszym portfelem, bo ówczesne 400 USD kalkulator inflacyjny przelicza na dzisiejsze dwa tysiące dolarów. Zresztą w innej reklamie Pentax przyznawał, że to raczej wysoka półka: „Owszem, kosztuje trochę więcej. Tak zwykle bywa w przypadku wspaniałych produktów”.

 

Pentax ES góra.

Pentax ES góra.


I kolejna reklama: rozmawiają mężczyźni i kobiety w okolicach czterdziestki, piękne wnętrze z łukami, na białym stoliku karafka ze złocistym alkoholem, zresztą wszystko w złocistej palecie; słowem: pełen relaks i wyższa klasa średnia. Obok karafki Pentax ESII, a na górze slogan: „Kiedy rozmowa zejdzie na temat Pentaksów, Ty tylko cicho powiedz, że masz ESII”. Na dole, oprócz opisu zalet technicznych, mowa jeszcze o „najbardziej pożądanym aparacie świata”.
Hmm… może jednak z tymi „zaawansowanymi amatorami” przesadziłem. W jeszcze innej reklamie Asahi i Honeywell wyraźnie kierują ten aparat do zapracowanych osób, które stronią od technikaliów i chcą po prostu zrobić dobre zdjęcie: „Podziwiasz prace wielkich fotografów, ale nie masz czasu na opanowanie zaawansowanych aparatów, obiektywów, lamp – choć wiesz, że to jest konieczne, żeby dobrze fotografować. Teraz to już przeszłość. Pentax ESII nie wymaga obsługi skomplikowanych pokręteł, wykonywania pomiarów, trafiania igłą wskaźnika… W aparacie ESII wystarczy nastawić ostrość i nacisnąć spust”.

 

Pentax ES z boku.

Pentax ES z boku.


Prezentowany tutaj pierwszy model – Pentax ES – wprowadzony do sprzedaży w roku 1971, był kontynuacją linii Spotmatic, a jednocześnie pierwszym aparatem z migawką sterowaną elektronicznie (ES to skrót od Electro Spotmatic) i dobierającą czas na podstawie ustawionej przysłony. Ten w pełni automatyczny, elektroniczny pomiar ekspozycji z priorytetem przysłony daje też możliwość wprowadzenia korekt ręcznych. Korektę ręczną wprowadzamy przez ustawienie pokrętła po lewej stronie np. na 1/2x (niedoświetlenie o jedną działkę przysłony) lub 4x (prześwietlenie o dwie działki przysłony). Pomiar światła jest wykonywany przez czujniki CdS po obu stronach wizjera, które sczytują cały obraz widziany przez obiektyw przy pełnym otworze. Aparat prawidłowo nastawia czas w zakresie od 1 do 1/1000 sekundy (ES II w zakresie od 8 do 1/1000 s). Ustawiony przez automat czas jest widoczny w wizjerze. W wersji ES II aparat ma wbudowaną zasłonkę wizjera, która zapobiega wpadaniu światła przez wizjer, gdy fotografujący nie zakrywa statywu własnym okiem (takie „zabłąkane” światło może przekłamać odczyt światłomierza). Migawka z gumowanymi lamelkami zapewnia prawidłową synchronizację z lampą błyskową do 1/60 s.

 

Pentax ES z ukosa.

Pentax ES z ukosa.


W modelu ES światłomierz i elektroniczna migawka są zasilane baterią typu 4LR44 (6V), dostępną w sklepach fotograficznych, wkładaną od przodu aparatu, obok obiektywu (tam, gdzie zazwyczaj jest samowyzwalacz). W ESII, który faktycznie wyposażono już w samowyzwalacz, komorę baterii (mieszczącą 4 baterie „pastylkowe” SR44 1,5V) przeniesiono na spodnią część korpusu, w pobliże mocowania obiektywu.

W przypadku wyczerpania się baterii można kontynuować fotografowanie używając jednego z mechanicznych czasów migawki: od 1/60 do 1/1000 plus czas B. Dlatego ES doskonale nadaje się dla wszystkich tych, którzy jednocześnie lubią automatykę migawki i boją się powierzać całego działania aparatu impulsom elektrycznym. ES to aparat jednocześnie elektroniczny i mechaniczny.

Niewymienny pryzmat z centralnym mikrorastrem jest jasny, a ustawianie ostrości precyzyjne. Po naciśnięciu przycisku migawki do połowy wskazówka po prawej stronie obrazu w wyświetlaczu pokazuje obliczony przez aparat czas naświetlania.

Oryginalna cena z Takumarem 1.4: w drugiej połowie lat 70. do kupienia u resellera w praktyce za ok. 420 USD (zalecana przez producenta cena zaraz po wprowadzeniu do sprzedaży: 650 USD).

 

Pentax ES z ukosa.

Pentax ES z ukosa.


Pentax ES oznaczał nie tylko początek pewnej ery (aparatów z całkowicie elektronicznymi migawkami), ale również zapowiedź końca innej – ery mocowania M42. To wprowadzone przez Contaksa mocowanie gwintowe, na tyle popularne, że zwano je po prostu „mocowaniem gwintowym” (i wszyscy wiedzieli, o które chodzi), stało się bazą dla stworzenia bardzo wielu naprawdę rewelacyjnych obiektywów, w tym takich perełek jak Helios 85 mm f=1,5. Zresztą jedną z takich perełek – obiektywów uznawanych przez wszystkich za nadzwyczaj dobre – jest prezentowany tutaj wraz z aparatem obiektyw Takumar f=1,4, sprzedawany wraz z nim w zestawie. Pełna nazwa: SMCT 1.4 — Super Multi Coated Takumar 1.4. Obiektyw ten rysuje bardzo ostro w ustawionym polu ostrości, a bokeh, tzn. miejsca nieostre, pozostawia pięknie rozmyte, jak we śnie. Efekt jest prawdziwie kinematograficzny i bardzo podobają mi się zdjęcia zrobione właśnie tym obiektywem przy dużym otworze przysłony.
Wracając do mocowania 42 mm: w Stanach Zjednoczonych to właśnie Pentax – tam dystrybuowany przez firmę Honeywell z Littleton (Colorado) – spopularyzował mocowanie M42. A jednak przejście Pentaksa z M42 na bagnetowe było zapowiadane w kręgach fotograficznych już od początku lat 70. Pentax skrywał nowy system w tajemnicy aż do oficjalnego ogłoszenia całej linii nowych aparatów z oznaczeniem „K” oraz towarzyszącej im linii Takumarów. Naraz wprowadzono wtedy do sprzedaży – podczas wielkiej gali w tokijskim hotelu Imperial – 3 lustrzanki (K2, KX i KM) oraz 26 obiektywów. Pentax wprowadził też wtedy przejściówkę umożliwiającą mocowanie starych obiektywów gwintowych w nowych korpusach bagnetowych, ale była ona kłopotliwa w użyciu, no i traciło się automatykę przysłony. Seria Spotmatic, a wraz z nią modele ES, choć jeszcze w roku 1974 wciąż reklamowana w gazetach jako supernowoczesna, została właśnie skazana na odejście. Podobnie jak cała koncepcja mocowania gwintowego. Aparaty z tym mocowaniem były produkowane dalej, np. przez Prakticę i Zenita, ale po Pentaksie ES nie wymyślono tutaj już nic innowacyjnego. Pentaksy z mocowaniem M42 i ich obiektywy mają nadal rzeszę fanów, a wręcz fanatyków. Jak pisze z przekąsem Michael McBroom w książce Camera Bluebook, „Niejeden stary spec jest w stanie znienacka zaczepić przypadkowego człowieka i przedstawić dowody na to, że Takumary z mocowaniem M42 to najostrzej rysujące obiektywy na świecie”.

 

Pentax ES z widoczną baterią.

Pentax ES z widoczną baterią.


Subiektywnie: Pentaksem ES fotografuje się znakomicie. Niedawno przeczytałem opinię, że lustrzanka klasy prawie profesjonalnej działająca w trybie priorytetu przysłony to błędne założenie konstrukcyjne. Nic bardziej mylnego. Każdy, kto choć odrobinę orientuje się w działaniu aparatów fotograficznych, a więc tym bardziej zaawansowany amator lub profesjonalista, nie będzie miał żadnych problemów z uzyskaniem za pomocą tego Pentaksa dokładnie takich efektów, jakie sobie zamierzył. O tym, jaki czas nastawia aparat, stale informuje wskazówka w wizjerze. Z praktycznego punktu widzenia nie ma więc różnicy w stosunku do aparatu z priorytetem czasu: można przecież powiedzieć, że czas „nastawiamy” patrząc w wizjer, a przysłonę odczytujemy na… pierścieniu przysłony, którym obracamy! Wychodzi na jedno. Celowe niedoświetlenie lub prześwietlenie? Też łatwe: wystarczy obrócić pierścieniem po lewej stronie: do wyboru od -1 EV po +2EV (na skali oznaczone odpowiednio jako -1/2x do 4x). W razie konieczności silniejszą korektę ustawienia automatycznego można uzyskać zmieniając ustawioną czułości kliszy. Wreszcie można odczytać wskazanie światłomierza i – kierując się nim bądź nie – przejść do trybu całkowicie ręcznego, wybierając jedno z ustawień innych niż „Automatic” na pokrętle czasów. Krótko mówiąc, pod względem ekspozycji można zrobić prawie wszystko to, co w aparacie całkowicie manualnym. Co jeszcze? Rastrowa matówka pozwala na bardzo precyzyjne i szybkie ustawienie ostrości; przycisk migawki działa precyzyjnie i dokładnie wtedy, kiedy się tego spodziewamy; zakładanie kliszy – mimo braku jakichkolwiek systemów szybkiego ładowania – przebiega sprawnie i trwa kilka chwil. Sam aparat jest zbudowany bardzo solidnie i świetnie wygląda. W połączeniu z Takumarem 1,4 daje rewelacyjne efekty na kliszy. Czego oczekiwać więcej?

Źródła: Instrukcja obsługi, McBroom’s Camera Bluebook, Internet, grupy dyskusyjne

Przykładowe zdjęcia:

 

Przed przedstawieniem.

Przed przedstawieniem.

 

Z szeregu.

Z szeregu.

 

Przygotowanie.

Przygotowanie.

 

Liście sałaty.

Liście sałaty.

 

2 dziewczyny.

2 dziewczyny.

 

Śnieg.

Śnieg (1/60, 1,4, lampa Rokkinon ustawiona na manual i 1/16 mocy).

 

Lotnisko.

Lotnisko.

 

Deskorolkowiec.

Deskorolkowiec.

 

Plac zabaw.

Plac zabaw.

 

Walencja.

Walencja.

 

Metro.

Metro.

 

Rączka.

Rączka.

 

Hop.

Hop.

 

Pentax ES w lustrze.

Pentax ES w lustrze.

 

Rozgwiazda.

Rozgwiazda.

 

Autobus.

Autobus.

 

Szybciej.

Szybciej.

 

Pisanie pamiętników.

Pisanie pamiętników.

 

Guitarra.

Guitarra.

 

Człowiek.

Człowiek.

 

Wrotki.

Wrotki.

 

Plaża.

Plaża.

 

Dźwigi.

Dźwigi.

 

Na pół.

Na pół.

 

W samolocie.

W samolocie.

 

Lotnisko.

Lotnisko.

 

 

Bawoły.

Bawoły.

 

Zrogowacenie.

Zrogowacenie.

 

Żyrafa 1.

Żyrafa 1.

 

Żyrafa 2.

Żyrafa 2.

 

Ptak.

Ptak.

 

Petri 7s z zielonym okiem

Petri 7s.

Petri 7s.

 

Założone w roku 1907 japońskie zakłady fotograficzne Kuribayashi (栗林写真工業) w latach 60. zmieniły nazwę na „Petri Camera Co.”. Etymologia nazwy Petri nawiązuje do Św. Piotra, a celem zmiany było poprawienie wizerunku wewnątrz Japonii (wtedy w Japonii panowała moda na Zachód i zachodnie nazwy) oraz wypromowanie jej produktów na rynkach eksportowych.

 

Petri 7s.

Petri 7s.

 

W roku 1963 wprowadzono do sprzedaży opisywany w tym artykule model Petri 7S Circle-Eye System, który okazał się niezwykle popularny także wśród profesjonalistów i który nadal – choć firma dawno już przestała istnieć – cieszy się dużym powodzeniem szczególnie w kręgach osób uprawiających fotografię uliczną. Aparat ten produkowano w różnych odmianach aż do roku 1973 (Karen Nakamura podaje, że nawet do roku 1976).

 

Petri 7s.

Petri 7s.

Istnieją dwie wersje 7s: z obiektywem 45 mm f=2,8 oraz z obiektywem 45 mm f=1,8. Średnica filtra: 52 mm. Migawka od 1 do 1/500 s + B + samowyzwalacz. Producent podaje w instrukcji siłę wymaganą do naciśnięcia spustu migawki: 200 g.

10 lat po wypuszczeniu 7s wprowadzono wersję zmodernizowaną 7sII. Różniła się tylko mechanizmem migawki (XV zamiast MVE) i wprowadzeniem gorącej stopki lampy błyskowej.

 

Petri 7s.

Petri 7s.

 

Petri 7s.

Petri 7s.

 

Petri 7s nie należy do najpiękniejszych aparatów. Pomysł z liniami skośnymi zbiegającymi się od okna celownika i od tabliczki z nazwą aparatu ku obiektywowi jest zupełnie nietrafiony. Do tego „kosmicznego” wzornictwa zupełnie nie przystaje widoczne od góry stylizowane logo Petri nawiązujące wzornictwem do lat 30., a nie 60. XX wieku. Choć samo w sobie jest ładne. Na ściance przedniej słowo Petri jest już nadrukowane zupełnie inną, bardzo nowoczesną czcionką. Podobnie nie grają ze sobą licznik klatek i wskaźnik prześwietlenia/niedoświetlenia. Z tyłu zaś nie silono się już na żadne zabiegi wzornicze i z tamtej strony aparat wygląda kompletnie nieciekawie.

 

Petri 7s.

Petri 7s.

 

Petri 7s.

Petri 7s.

Ale wygląd to sprawa drugorzędna. Petri 7s to dobry aparat, a szczególnym atutem jest obiektyw w wersji 1:1,8. Na kliszy daje świetne efekty; bokeh skojarzył mi się z tym uzyskiwanym w pentaconowym Biometarze… Na obiektywie widnieje napis „Amber C.”, co jest skrótem od „Amber Coated” i oznacza „bursztynowe” (żółte) powłoki antyodblaskowe.

 

Słupek gazowy. Petri 7s. Kodak ColorPlus.

Słupek gazowy. Petri 7s. Kodak ColorPlus.

Producent określał zastosowany w aparacie dalmierz jako „Green-O-Matic”; innowacja polegała na zabarwieniu szkła wizjera na zielono, a szkiełka obrazu nachodzącego na żółto – takie zestawienie nie przeszkadzało w obserwowaniu kadru, a miało pomagać w ustawianiu ostrości. Druga wymyślona przez producenta nazwa powiązana z tym aparatem, „Circle-Eye System” dotyczy okrągłego „oka” elementu selenowego wokół obiektywu. Umieszczenie elementu światłoczułego w korpusie obiektywu powoduje, że światłomierz bierze poprawkę na zamontowane filtry. Po ustawieniu pierwszego parametru naświetlania (czasu lub przysłony) fotografujący patrzy na wskaźnik prześwietlenia/niedoświetlenia na górnym panelu lub w wizjerze i tak dobiera drugi parametr, żeby strzałka znalazła się w położeniu centralnym. Oczywiście przed fotografowaniem należy jeszcze ustawić czułość założonej kliszy – do tego służy osobny pierścień na obiektywie.

 

Petri 7s.

Petri 7s.

 

Firma Petri, która wyprodukowała bardzo wiele ciekawych aparatów (w praktycznie wszystkich formatach – od wielkoformatowych po małoobrazkowe, lustrzanki i dalmierze) i doskonale sobie radziła w erze urządzeń mechanicznych i ręcznych, nie wytrzymała konkurencji firm takich jak Canon, Nikon i Pentax, które pod koniec lat 70. wprowadzały już na rynek mocno zelektronizowane modele… Petri Camera Company zbankrutowała w roku 1977. Szkoda, bo produkowała niezłe aparaty, jakością dorównujące wielu innym ówczesnym japońskim markom.

 

Widzewski gołąb. Petri 7s. Kodak ColorPlus.

Widzewski gołąb. Petri 7s. Kodak ColorPlus.

 

Spłoszony gołąb. Petri 7s. Kodak ColorPlus.

Spłoszony gołąb. Petri 7s. Kodak ColorPlus.

 

Na tle. Petri 7s. Kodak ColorPlus.

Na tle. Petri 7s. Kodak ColorPlus.

 

Dziurafitti. Petri 7s. Kodak ColorPlus.

Dziurafitti. Petri 7s. Kodak ColorPlus.

 

Requiem. Petri 7s. Kodak ColorPlus.

Requiem. Petri 7s. Kodak ColorPlus.

Agfa Optima Sensor Flash

Agfa Optima Sensor Flash

Agfa Optima Sensor Flash

 

Ten aparat kupiłem na giełdzie samochodowej w Łodzi za 15 zł (stargowane z 20). Leżał na ceracie między sprowadzonymi z Niemiec rozrusznikami, odtwarzaczami i golarkami. Był brudny, a pozostawione w nim pewnie przez kilka a może przez kilkanaście lat baterie wylały i komora baterii przypominała elektrolitowe igloo. Upłynęło dużo czasu i spirytusu ratyfikowanego zanim udało mi się przywrócić styki baterii i całą komorę do porządku. Po przeczyszczeniu… aparat jest jak nowy.

 

Agfa Optima Sensor Flash

Agfa Optima Sensor Flash


Agfa Optima Sensor Flash to produkt niemiecki, co widać, słychać i czuć. Aparat został wprowadzony do sprzedaży w roku 1981 (choć jedno mocne źródło podaje rok 1977). To jeden z najsolidniej wykonanych aparatów, jakie trzymałem w dłoniach, a wzornictwo przemysłowe jest tu całkowicie podporządkowane wygodzie obsługi, wytrzymałości i niezawodności. Zupełny brak finezji – i nie szkodzi. Aparat jest z plastiku, ale nie z byle jakiego plastiku współczesnych kompaktów. To jest to samo bardzo twarde tworzywo, z którego dziś robi się korpusy lustrzanek dobrej klasy. Na korpusie nie ma żadnego miejsca, które poddawałoby się nawet silnemu uciskowi palców. Pierścień obiektywu służący do nastawiania odległości jest gumowany i obraca się z wręcz idealnym oporem, jak gałka głośności w (oczywiście) niemieckich wzmacniaczach. Podczas obracania wyczuwamy, jak zatrzymuje się w trzech miejscach: odległość portretowa (1,5 m), odległość sylwetkowa (3 m), odległość krajobrazowa (∞). Można jednak ustawiać odległość dowolnie, także poza tymi punktami, w zakresie od 0,9 m do nieskończoności.

 

Agfa Optima Sensor Flash

Agfa Optima Sensor Flash


Odchylana lampa zatrzaskuje się w pozycjach otwarta/zamknięta z idealną precyzją; po jej zamknięciu szczelina między lampą a korpusem aparatu jest równiutka; w pozycji otwartej słychać delikatny zatrzask, w pozycji zamkniętej lampa jest dociągana chyba magnesem. Od razu wiadomo, gdzie chwycić, żeby otworzyć lampę – po bokach są okrągłe miejsca na palce z fakturą żeberkową, zapewniającą lepszą przyczepność spoconym opuszkom… Pod lampą schowany jest też przycisk przewijania powrotnego, bo przecież nie musi zwracać naszej uwagi i powodować zbędnego bałaganu, gdy przez większość czasu jest niepotrzebny. Jednak z drugiej strony użytkownik nie może tego przycisku SZUKAĆ, więc przy zamkniętej lampie o jego umiejscowieniu świadczy biała kropka z literą R („rewind”). Nagwintowany otwór mocowania wężyka spustowego umieszczono tam, gdzie nie rzuca się w oczy: z tyłu aparatu, w prawym górnym rogu. Nie mógł przecież psuć estetyki dużego pomarańczowego guzika migawki.

 

Agfa Optima Sensor Flash

Agfa Optima Sensor Flash


Nigdzie nic nie klekocze, nie chybocze się, nie odstaje ani nie wystaje. Na korpusie nie znajdziemy żadnej zbędnej rzeczy; dzięki pomysłowemu rozwiązaniu transportu kliszy (o tym później) nie ma tu nawet korbki do przewijania filmu. Patrząc z góry, zauważamy tylko – oprócz złożonej lampy – wielki pomarańczowy przycisk migawki. Ta pomarańczowa kropa jest pomysłem Agfy i znakiem rozpoznawczym wszystkich Agfa Optima serii Sensor; „Sensor” to właśnie ten pomarańczowy przycisk, czuły na dotyk i rozpoznający dwie siły nacisku: po lekkim naciśnięciu mierzy światło i sygnalizuje, gdy jest za ciemno (czerwona dioda w wizjerze), po silniejszym naciśnięciu wyzwala migawkę.

 

Agfa Optima Sensor Flash

Agfa Optima Sensor Flash


Wielki jest też wizjer. Wielki i czytelny; projekcja ramki w wizjerze jest bardzo silna i świetnie ją widać (wraz ze znacznikami paralaksy) przy praktycznie dowolnym oświetleniu. Wizjer pomniejsza optycznie oglądany obraz (współczynnik powiększenia 0,78 x).
Są tacy, którzy twierdzą, że to brzydki aparat. Po pierwsze: to nieistotne. Aparat ma robić zdjęcia w najróżniejszych warunkach i niezawodnie służyć tej grupie ludzi, dla której jest przeznaczony. Ten na pewno służy doskonale jako podręczny i nieskomplikowany aparat do codziennych fotek. Zanim go kupiłem prawdopodobnie był przechowywany w bardzo lichych warunkach, a po zwykłym oczyszczeniu mogłem założyć kliszę i fotografować – także przy brzydkiej pogodzie, siąpiącym śniegu z deszczem… Ten aparat można bez obaw rzucić na fotel samochodu, do plecaka, na ramię i cały czas nosić przy sobie, niespecjalnie zwracając uwagę na pogodę. Nie wymaga od fotografującego delikatności. Świetnie zaprojektowany korpus wytrzyma niejedno.

 

Agfa Optima Sensor Flash

Agfa Optima Sensor Flash


Po drugie: nie zgadzam się, że brzydki. To jest wzornictwo przemysłowe najwyższej klasy. Pragmatyczne, a jednak bardzo estetyczne. W projekcie nie silono się na miniaturyzację. Założono, że do klasycznego równoległoboku aparatu zostaną dołączone celowo przysadziste elementy: duża dźwignia naciągu z wielkim przyciskiem, duży korpus lampy, duży wizjer, wreszcie duży i mocno wystający zespół obiektywu i migawki. To się sprawdziło i doskonale zadziałało, ale tylko dlatego, że zostało z góry zaplanowane jako całość. Znamy aparaty, w których pewien duży element został „dolepiony” do wcześniejszej konstrukcji i wygląda ni w pięć ni w dziewięć (np. Kodak 35 z „doczepionym” dalmierzem czy Nikon F sprzedawany z przerośniętym pryzmatem Photomic). Tego negatywnego wrażenia „doczepiania” w ogóle nie odczuwamy patrząc na opisywaną Agfę. W lampie przewidziano zaokrąglenia i ścięcia, które niwelują jej przysadzistość (lampa jest duża jak na taki aparat, a przede wszystkim odchylana na bardzo dużą wysokość w celu poprawienia jakości zdjęć z błyskiem). Ścięcie dokładnie równoległe do tego na lampie znajdziemy po lewej stronie aparatu (patrząc od frontu). Z pomarańczową kropą przycisku migawki współgra pomarańczowa kropka logo serii „Sensor”, zaś wszystkie cztery rogi przedniej ścianki są zagospodarowane: jeden dużym wizjerem, pozostałe trzy napisem „AGFA OPTIMA sensor”, logiem Agfa oraz napisem „electronic” (nie wiem, czy jest to część nazwy aparatu, ale na pewno odnosi się do elektronicznego sterowania migawką i przysłoną). Całości dopełnia moduł obiektywu, który „dociąża” dolną część konstrukcji, równoważąc wystającą lampę. Krótko mówiąc: Blaupunkt, Bosch i Audi w jednym – solidne i estetyczne urządzenie.

 

Agfa Optima Sensor Flash

Agfa Optima Sensor Flash


Zakładanie i zdejmowanie kliszy jest bardzo proste. Canon myślał i myślał nad systemem szybkiego zakładania kliszy, aż wymyślił skomplikowany mechanizm QL, który mimo całych wysiłków marketingowych Canona nie przyjął się. Tymczasem Agfa – pionek na rynku aparatów w porównaniu z Canonem – wprowadziła w swoich kompaktach pomysł prosty i genialny, nie nadając mu nawet nazwy. Po otwarciu tylnej ścianki i patrząc z tyłu, kliszę wkładamy z prawej strony (odwrotnie niż w większości aparatów), po czym tylko wsuwamy jej koniuszek w kasetę odbiorczą w miejscu oznaczonym strzałkami. Następnie… nie, to już wszystko! Wystarczy zamknąć tylną ściankę i cyknąć ze dwa puste zdjęcia. Aparat jest gotowy do fotografowania.
Wewnątrz działa to tak: naciągając dźwignię migawki, nie ciągniemy kliszy tak jak w innych aparatach, ale wypychamy ją z kasetki. Po naświetleniu kolejnej klatki klisza stopniowo wsuwana jest do kasetki odbiorczej (dostarczanej z aparatem). Zalety takiego rozwiązania są trzy: po pierwsze zakłada się kliszę banalnie prosto (patrz wyżej); po drugie przypadkowe otwarcie tylnej ścianki z załadowaną kliszą powoduje naświetlenie tylko bieżącej klatki i może klatek sąsiadujących, podczas gdy pozostałe części kliszy – i pusta, i ta zawierająca zrobione zdjęcia – pozostają bezpieczne. Wreszcie trzecia zaleta, chyba najistotniejsza: po zmianie kierunku działania dźwigni przewijania możliwe jest wycofanie kliszy z powrotem do oryginalnej kasetki bez konieczności korzystania z osobnej korbki przewijania.

 

Agfa Optima Sensor Flash

Agfa Optima Sensor Flash


Jak więc zwijamy kliszę po zrobieniu wszystkich zdjęć? Naciskamy i obracamy przycisk „R” znajdujący się pod lampą, tak aby zablokował się we wciśniętej pozycji. Następnie naciągamy dźwignię tak jak przed zrobieniem zdjęcia, ale nie musimy naciskać migawki – po prostu obracamy dźwignię kilkanaście razy w tę i z powrotem, aż cała klisza wsunie się z powrotem do właściwej kasetki. To wszystko – można otworzyć tylną ściankę i wyjąć kliszę do wywołania.

Wbudowany obiektyw aparatu o długości ogniskowej 40 mm i jasności 1:2,8 to jedna z licznych realizacji Tessara (cztery soczewki w układzie trypletu, ostrzenie przez regulację położenia pierwszej soczewki), w wykonaniu Agfy nosząca nazwę Solitar. Na swoim egzemplarzu wykonałem kilka testów na precyzję nastawiania ostrości (patrz przykładowe zdjęcia niżej) i aparat zdał je wszystkie. Obraz był ostry dokładnie na takiej odległości, jaką ustawiono na skali obiektywu.

Obiektyw jest osadzony w migawce Paratronic, regulowanej automatycznie i bezstopniowo w zakresie od 1/45 do 1/1000 sekundy (inne źródło: od 1/15 do 1/1000 – patrząc na efekty na kliszy ten zakres wydaje mi się bardziej prawdopodobny). Obiektyw jest osadzony głęboko w tulei, która w ten sposób spełnia przynajmniej częściowo rolę osłony przeciwsłonecznej. Czujnik światłomierza również znajduje się w obrębie tej tulei, a więc założenie filtra (średnica 49 mm) powoduje odpowiednie skorygowanie ekspozycji. Aparat, a konkretnie światłomierz i lampa, jest zasilany dwiema bateriami AAA wkładanymi z boku. Lampa ma liczbę przewodnią 12. Mocowanie statywu znajduje się w dość nietypowym miejscu – z boku aparatu. To dlatego, że pełni również rolę zaczepu do paska na rękę (oryginalnego akcesorium Agfy).

 

Agfa Optima Sensor Flash

Agfa Optima Sensor Flash

 

Przykładowe zdjęcia:

 

Agfa Optima Sensor Flash. Kieliszek potraktowany laserem. Ostrość ustawiona na kieliszek (1,2 m).

Agfa Optima Sensor Flash. Kieliszek potraktowany laserem. Ostrość ustawiona na kieliszek (1,2 m).

 

Agfa Optima Sensor Flash. Ostrość na 0,9 m (na świecący kwiatek).

Agfa Optima Sensor Flash. Ostrość na 1,2 m (na świeczkę).

 

Agfa Optima Sensor Flash. Ostrość na 0,9 m + lampa błyskowa.

Agfa Optima Sensor Flash. Ostrość na 0,9 m + lampa błyskowa.

 

Agfa Optima Sensor Flash. Ostrość na 1,5 m (na świeczkę).

Agfa Optima Sensor Flash. Ostrość na 0,9 m (na oświetlone pudełko zapałek).

 

Agfa Optima Sensor Flash. Statyw + wężyk spustowy.

Agfa Optima Sensor Flash. Statyw + wężyk spustowy.

 

Agfa Optima Sensor Flash. Jak się śpiewa do lampy ciemniowej?

Agfa Optima Sensor Flash. Jak się śpiewa do lampy ciemniowej?

 

Agfa Optima Sensor Flash. Światło studyjne.

Agfa Optima Sensor Flash. Światło studyjne.

 

Agfa Optima Sensor Flash. Lampa błyskowa włączona.

Agfa Optima Sensor Flash. Lampa błyskowa włączona.

 

Agfa Optima Sensor Flash. Światło naturalne + błyskowe.

Agfa Optima Sensor Flash. Światło naturalne + błyskowe.

 

Agfa Optima Sensor Flash. Światło naturalne + błyskowe.

Agfa Optima Sensor Flash. Światło naturalne + błyskowe.

 

Agfa Optima Sensor Flash. Światło tylko naturalne.

Agfa Optima Sensor Flash. Światło tylko naturalne.

 

Canon FTb

Canon FTb

Canon FTb

 

Canon FTb to model istotny, ponieważ – wraz z bogatszym F-1 – otworzył erę lustrzanek z mocowaniem FD, produkowanych w latach 70. i 80. i bardzo cenionych przez fotografów przez ogromny wybór obiektywów zazwyczaj bardzo wysokiej jakości. Prezentowany tu aparat jest wyposażony w obiektyw 50-milimetrowy o jasności 1:1,4.

 

Canon FTb
Canon FTb

 

Canon FTb, choć nie jest najwyższym modelem Canona z tamtego okresu (flagowym był F-1), ma wszystko, czego tylko może potrzebować zaawansowany amator: dobry pomiar światła metodą opornościową (CdS) z uwzględnieniem centralnych 12% ekranu, szybką migawkę o zakresie czasów od 1 do 1/1000 s (synchronizacja z lampą przy 1/60 s), możliwość ustawienia czułości światłomierza w zakresie od 25 do 2000 ISO, samowyzwalacz, a nawet możliwość zablokowania lustra w celu uzyskania superostrego zdjęcia ze statywu. No a przede wszystkim miał możliwość podłączenia całej gamy świetnych obiektywów FD, których powstały dosłownie dziesiątki modeli, od rybiego oka 7,5 mm przez standardowe obiektywy o jasności nawet 1:1,2 aż po… lustrzany 5200 mm.

Canon wymyślił też dla tego aparatu funkcję QL (pełna nazwa modelu to Canon FTb QL), czyli szybkiego ładowania kliszy (quick loading). Kliszę faktycznie wystarczy wyciągnąć nieco z kasetki i przeciągnąć wzdłuż aparatu do oznaczenia – potem można już zamknąć tylną ściankę. Po naciągnięciu migawki do stanu zerowego licznika klisza będzie już poprowadzona prawidłowo wewnątrz aparatu. Jednak użytkownicy narzekali na tę funkcję – wielu twierdziło, że ułożenie zawijającej się kliszy tak, by była równo ze znacznikiem w aparacie, jest trudniejsze, niż zwykłe osadzenie filmu w rolce nawijającej. Prawdopodobnie dlatego Canon zrezygnował z tego mechanizmu już w lustrzankach serii A. Cóż widocznie wszystko zależy od użytkownika – bo dla mnie funkcja QL jest bardzo wygodna i rzeczywiście przyspiesza ładowanie filmu.

Canon bardzo zachwalał wspomniany wyżej światłomierz. W reklamie z 1974 r. widzimy Afrykanina w ludowym stroju podświetlonego niekorzystnie – ukośnie od tyłu – a jednak z pięknie odwzorowanymi kolorami malunku na twarzy. I czytamy obok: „Słońce nie ogłupi Twojego aparatu”. Aparat zbierał światło zawsze z centralnych 12% kadru (bez względu na ogniskową) i na wysokości matówki przekierowywał je na element światłoczuły CdS znajdujący się za krawędzią matówki od strony fotografującego. Na tej podstawie dokonywał precyzyjnego pomiaru. W wizjerze obszar, z którego zbierane jest światło, jest delikatnie wyróżniony. Wystarczy więc skierować tę centralną część kadru na obszar, który chcemy mieć naświetlony pośrodku skali tonalnej, a potem ewentualnie przekadrować lub wprowadzić poprawki do ekspozycji – i zrobić zdjęcie.

 

Canon FTb
Canon FTb

 

 

Pierwszy FTb został wprowadzony w roku 1971, a wersja zmodernizowana (tylko kosmetyka, m.in. nałożony plastik na dźwignię naciągu migawki) w roku 1973. Z kolei następcami FTb były TLb i TX – w praktyce okrojone wersje FTb. Wszystkie one były aparatami w pełni mechanicznymi. Dopiero po nich, w roku 1976, przyszła era Canonów z migawkami wyzwalanymi elektronicznie, z niezwykle popularnym AE-1 na czele, która trwała aż do późnych lat 80. Osobom, które mają już obiektywy FD lub chcą ich spróbować i poszukują aparatu w pełni mechanicznego (w domyśle: bardziej niezawodnego), zazwyczaj poleca się właśnie ten FTb, bo F-1 jest za drogi i ma niepotrzebne funkcje, a TLb i TX to modele sztucznie okrojone.

 

Canon FTb
Canon FTb

 

 

Podobnie jak modele sprzed ery FD, na przykład FX i FT (z mocowaniem FL), Canon FTb zwraca uwagę swoją prostą i solidną konstrukcją. Jest przy tym dość ciężki: samo body waży ok. 750 g – dzisiejsze lustrzanki są znacznie lżejsze. Mnie akurat waga tego aparatu nie przeszkadza – aparat cięższy ma też większą bezwładność i łatwiej jest utrzymać stabilność podczas fotografowania na dłuższych czasach oraz podczas komponowania obrazu. Bardziej denerwują mnie w tym modelu inne  drobiazgi. Na przykład niesprzężony z mechanizmami aparatu światłomierz, choć bardzo precyzyjny (działa jak współczesne lustrzanki ustawione w trybie „spot”), musi zostać za każdym razem po wyjęciu aparatu włączony, a z kolei pozostawienie go włączonym prowadzi do szybkiego wyczerpania baterii. Na mój gust dziwny jest także dźwięk wyzwolenia migawki; zakładam jednak na korzyść aparatu, że powodem brzydkiego klapnięcia jest zestarzała amortyzacja lustra (choć inni użytkownicy też narzekają na głośne wyzwalanie migawki).

Swoją drogą ciekawe, że Canon zdecydował się wtedy na taki zabieg z nazwami: patrząc po nazwach, FTb wydaje się zaledwie „ulepszeniem” lub „rozwinięciem” modelu FT, podczas gdy jest to aparat zupełnie inny – z nowym mocowaniem, innym sposobem pomiaru światła (w obiektywach FL pomiar był wykonywany też przez obiektyw, ale przy zamkniętej przysłonie; w FD wszystko robi się przy otwartej – przysłona zamyka się dopiero w chwili robienia zdjęcia). Podobieństwo tych aparatów jest tylko zewnętrzne.

Era obiektywów FD trwała przez z grubsza 20 lat. Canon w praktyce skazał mocowanie FD na odejście już w roku 1987, kiedy to zaprezentowano system EOS z mocowaniem EF i funkcją autofokusa. Jednak jeszcze w roku 1990 wypuszczono aparat – ostatni już – z mocowaniem FD: Canon T60.

 

Maska.
Maska.

 

Self.
Self.

 

Co to?
Co to?

 

Żuraw.
Żuraw.

 

Lampa Alladyna.
Lampa Alladyna.